Jak jest z frekwencją na zdalnych zajęciach?

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Czy poradziliśmy sobie ze zdalną edukacją (w szkołach i na uczelniach)? Poradziliśmy sobie tak jak było to możliwe. Nie był to zaplanowany wybór lecz reakcja na izolację, wynikającą z pandemii. Co można było zrobić inaczej? Zawiesić naukę i w ogóle zajęć nie prowadzić? Z pewnością byłoby to gorsze rozwiązanie i straty bez porównania dużo większe. Zatem może mniej oceniania a więcej analizowania?

Radzimy sobie tak, jak potrafimy, bo nie było czasu na przygotowania ani techniczne ani merytoryczne. Już nie pojedynczy pracownicy czy nauczyciele w ramach poszukiwań, eksperymentowania ale wszyscy i to w ciągu 1-2 tygodni musieli podjąć się zdalnego nauczania. Szybka nauka i improwizowanie, typowe dla sytuacji "pożaru" czy innej katastrofy. Ale jest to także doskonała ilustracja potrzeb edukacyjnych w wieku XXI: ciągłego uczenia się w szybko zmieniającym się środowisku. Jest to zasadnicza zmiana w stosunku do dawnej szkoły. Już wyjaśniam bardziej szczegółowo.

Poradzilibyśmy sobie dużo lepiej, gdyby:

1. Najpierw wypracować system dobry technicznie i merytorycznie (zdalnej edukacji), zarówno w szkołach jak i na uczelniach. Na to trzeba byłoby co najmniej kilkunastu lat. Dlaczego tak dużo? Bo system jest złożony i zawiera bardzo wiele niezależnie działających elementów.

2. Jak już byśmy mieli dopracowany system, wtedy można byłoby napisać podręczniki, instrukcje i rozpocząć kształcenie kadr, czyli nauczycieli i wykładowców (ale także zaplecza pomocniczego w postaci lokalnych i szkolnych administratorów sieci itd., stworzenie adekwatnych stanowisk i podziału kompetencji). Na koniec egzamin, dyplom czy certyfikat.

3. Tak przygotowane kadry i system działałaby sprawnie i bez zarzutów. Na jego przygotowanie trzeba lat kilkadziesiąt, w najlepszym przypadku lat kilkanaście. Długo? W społeczeństwie o wolnych zmianach, gdy warunki społeczne i cywilizacyjne zmieniają się bardzo powoli, to nie byłoby długo, bo taki system funkcjonowałby lat kilkaset lub kilkadziesiąt. I tak w historii ludzkości działo się przez tysiąclecia. Nasza szkoła tak właśnie funkcjonuje, z uniwersytetami włącznie. Idziesz do szkoły, uczysz się, zdobywasz dyplomy (potwierdzenie umiejętności i kompetencji) i idziesz do pracy, w której niemalże do końca życia nic się nie zmienia. Lub bardzo niewiele. Wiedza wyniesiona ze szkoły starczyła na całą aktywność zawodową. Od dłuższego czasu tak już nie ma. Kiedy dzieci rozpoczynają naukę w szkole, by osiągnąć kompetencje zawodowe, nie ma jeszcze zawodów, w których będą pracowały. To jak je do tego przygotowywać? Czego i jak uczyć? W większości już znamy odpowiedzi: że musi być to umiejętność ciągłego i szybkiego uczenia się a także szybkiego zapominania... nieadekwatnych i niepotrzebnych umiejętności. Że muszą być to kompetencje uczenia się i pracy w ciągle zmieniających zespołach, często w zespołach wielokulturowych. Itd.

Ciągle pojawiają się pytania czy i jak radzimy sobie ze zdalną edukacją, w tym także na uniwersytetach. Nie jest moim zamiarem ocenianie. Po pierwsze nie ma porównania. Bo co byłoby warunkami referencyjnymi, próbą zerową, z którą moglibyśmy porównywać nasze obecne efekty i działania? Nie mam podstaw do oceniania czy dobrze sobie radzimy (ale mam dane do snucia refleksji). Nawet trudno mi odnieść się do samego siebie. Mieliśmy tydzień, może dwa na przygotowanie się a potem na ciągłe uczenie się w marszu i z popełnianiem oraz korygowaniem błędów, zasypywanie dostrzeżonych luk, na szybko uzupełnialiśmy braki sprzętowe, programowe i własne umiejętności. Ujawniły się (lub nie) zdolność do szybkiego uczenia się i wdrażania zupełnie nowych rozwiązań, umiejętności (lub ich brak) pracy zespołowej i wzajemnego wspierania się (lub rywalizacji), umiejętności zarządzania i motywowania do niestandardowego wysiłku, znoszenia stresu, udzielania wsparcia merytorycznego i technicznego w skali indywidualnej jak i całych zespołów. Nie chcę podejmować oceny bo się nie znam, to nie moja specjalność naukowa i nie mam wystarczających danych by wyciągać jakiekolwiek wnioski. Z całą pewnością potrzebne są refleksie i dyskusja. Refleksja bez oceniania.

Moim wnioskiem jest to, że... taki kryzys to już mieliśmy i mieć będziemy. To nie jest jednostkowa, ale permanentna sytuacja edukacyjna. Nieustające zmiany, czasem gruntowne i nieustające nieprzygotowanie do nowych sytuacji. Już wcześniej było to widoczne, ale teraz uświadomiłem sobie te fakty z pełną mocą. Czas na przemyślenia jakie kompetencje rzeczywiście są potrzebne. I jak zmienić szkolę oraz uniwersytet by uwzględnić ten stan wspólnoty uczącej się w działaniu. Jakiś czas temu użyłem neologizmu: nauczeństwo (przemieszane role nauczyciela i ucznia). Nowe zjawiska, nowe desygnaty wymagają nowych słów, by opisywać strukturę i procesy i by wyjść z utartych kolein myślenia.

Tak, jesteśmy wspólnotą uczącą się w szybko zmieniających się warunkach cywilizacyjnych, społecznych i przyrodniczych. To znaczy powinniśmy być wspólnotą, bo inaczej nie poradzimy sobie. Doświadczenia zdobywane w obecnej sytuacji nagłego i kryzysowego wdrażania zdalnego nauczania możemy i powinniśmy wykorzystać do przemyślenia i przebudowania całego systemy edukacji. Nie chodzi o tylko to, by mieć dopracowane narzędzie i procedury na wypadek podobnej sytuacji kryzysowej (zawieszenie kontaktów bezpośrednich), ale by zmodyfikować codzienną praktykę. Doświadczenie i refleksje będą przydatne do wdrażania nauczania hybrydowego, b-learning. Czyli nauczania wykorzystującego kontakty bezpośrednie jak i kontakty zdalne. Zarówno w aspekcie komunikacji jako takiej (nie tylko szkolnej) jak i dydaktyki.

Jak jest z uważnościa, z odbiorem treści i ze wspólnym myśleniem, w czasie zdalnego nauczania i kontaktów online? Na spotkaniach bezpośrednich mamy kontakt wzrokowy z publicznością, ze studentami, z uczniami. Możemy na podstawie reakcji i języka ciała mniej lub bardziej trafnie wnioskować czy słuchają, czy rozumieją, czy są zaciekawieni. W czasie zdalnych spotkań jest to trudniejsze, a przynajmniej wymaga uruchomienia zupełnie innych kanałów generowania i odbierania informacji zwrotnych. Sytuacja dla nas w zasadzie nowa. Nie dziwmy się więc naszemu zaniepokojeniu, niepewności, zagubieniu. To normalne. Wynika z sytuacji a nie z naszej nieprzygotowania czy braków edukacyjnych.

Jest jednak temat, który mnie sprowokował to postawienia kilku pytań. Z wielu oficjalnych źródeł napływają informacje, że frekwencja na zdalnych zajęciach (tych synchronicznych) jest bardzo wysoka, nawet wyższa niż na zajęciach (wykładach) tradycyjnych. Czy tak jest naprawdę? Czy ktoś to zbadał, analizował? Czy jest to rzeczywista frekwencja czy tylko reakcja na sprawdzanie obecności? W spotkaniach w realu trzeba być fizycznie na sali by odnotować swoją obecność. Czasem oczywiście dopisywani są nieobecni przez kolegów (wykładowcy liczą liczbę studentów i podpisów by temu zapobiec). Nawet jak są na sali to nie znaczy, że słuchają i są obecni "duchem". Studenci i uczniowie wypracowali różne sposoby kamuflażu. Wróćmy choćby pamięcią do naszych lat szkolnych i studenckich. To pytanie o zasadniczy system: mamy niewolników, podwładnych czy niedojrzałych, złych i oszukujących, dlatego wymyślamy coraz sprawniejsze systemy kontroli albo mamy wspólnotę dojrzałych i poszukujących wiedzy osób i to dla nich wymyślamy system edukacji. Dwa, skrajnie różne założenia, ale to one decydują o przyjmowaniu diametralnie różnych rozwiązań: kontrolować czy inspirować?

Najprościej nie sprawdzać listy obecności. Dawną tradycją akademicką jest niesprawdzanie obecności na wykładach. Bo po pierwsze szkoda czasu (choć czasami jest to sprytne wypełnianie czasu, gdy nie ma się wiele do powiedzenia), po drugie z niewolnika nie ma pracownika. Po trzecie odpowiedzialność za własną edukację ponosi student. A co z młodszymi uczniami? Czy są już na tyle dojrzali, że można im dać tę pełnię wolności? Czasem uczniowie trzymani pod dużym rygorem rodziców i nauczycieli, gdy wyjechali do innego miasta na studia, to "urwali się z łańcucha" i ponosili porażkę, bo nie mieli wystarczająco silnej motywacji wewnętrznej. Odnoszę jednak wrażanie, że wiek usamodzielniania przenosi się w górę, a na studiach mamy dużo z rygoru szkolnego. Bo sobie sami nie poradzą? Zupełnie jak z małym dzieckiem, któremu ciągle buciki zawiązuje rodzic. Wyuczona bezradność? Tak, wyuczamy bezradności i moim zdaniem tak to dzieje się w naszym systemie edukacyjnym, łącznie z uniwersytetami.

Owszem, mogę nie przyjść na zajęcia z lenistwa i nie dowiem się co straciłem. Ale czyż w szkołach wyższych nie powinniśmy wymagać samodzielności w motywacji i odpowiedzialności za własną edukację? Czy nie powinniśmy pozwalać na błędy? Ciągle przymuszać? Przecież to nie są dzieci. A może to strach przed... pustą salą i taką swoistą ewaluacją? Gdyby wszędzie studenci zapisywali się na zajęcia, to już na tym etapie dokonywaliby wyboru. Własne wybory bardziej się szanuje niż coś narzuconego z góry, coś zastanego, coś danego z zewnątrz. Nie na wszystkich uczelniach jest wybór zajęć, ten realny i szeroki (mniejszy czy większy jest, ale ja bym postulował ten znacznie większy: co do treści, czasu i osoby prowadzącej). Są oczywiście przedmioty obowiązkowe dla danego kierunku... ale przecież mógłby być wybór wykładowcy lub prowadzącego ćwiczenia (co do osoby, koncepcji czy nawet bardziej odpowiedniej pory zajęć). Pozbawiając wyboru utrudniamy wchodzenie w dorosłość i przejmowania odpowiedzialności za samego siebie, za własną edukację.

Na zajęciach zdalnych bardzo łatwo jest podłączyć się (włączyć się on-line) i odejść od komputera lub nawet zupełnie co innego robić w drugim oknie przeglądarki. Sprawdziłem na sobie, nie ma takiej podzielności uwagi by słychać jednego a czytać coś drugiego. To, że się studenci zalogowali, wcale nie jest 100% dowodem, że są obecni na zajęciach (podobnie jak to, że studenci obecni na zajęciach w kontakcie bezpośrednim nie muszą uważać i słuchać). Niemniej to są wszystko hipotezy. Ogromnie ciekawy jestem, czy rzeczywiście jest tak duża frekwencja na zajęciach zdalnych (i jak bardzo uważni są studenci). Czy macie Państwo jakieś własne dane, refleksje, przemyślenia na ten temat? Proszę napisać w komentarzach. Czy uważność przed komputerem może być tak dużą jak w spotkaniach bezpośrednich i jak długo można ją utrzymać?

Z relacji nauczycieli (w szkołach w edukacji zdalnej uczestniczy dużo więcej uczniów i nauczycieli i dłużej trwa, więc i skala doświadczeń jest większa) wynika, że niektórzy uczniowie są bardziej aktywni niż na normalnych lekcjach. U innych odwrotnie. Możliwie, że i wśród studentów jest podobnie. Co utrudnia zaangażowanie się tych pierwszych w kontakcie bezpośrednich a co tych drugim w kontakcie online?

Sprawa frekwencji na zajęciach, zarówno w szkołach ja i na uniwersytetach, jest delikatna. Bo jeśli przyznamy publicznie, że coś nam nie idzie, to może spotkają nasz różnego typu reperkusje? Ze strony władz, ze strony rodziców, np. pojawią się nieprzychylne komentarze itd. A może my sami uznamy się za niekompetentnych, co pogłębi tylko nasze złe samopoczucie i obniży samoocenę? Więc może lepiej tego tematu nie ruszać?

Czy mamy odwagę o tym publicznie dyskutować, bo może nie warto podważać tak pięknych statystyk i opinii? Lepiej nie sprawdzać i nie "grzebać" w tym temacie? Żeby się gdzieś nie rozniosło, nie wyszło na zewnątrz i nie posłużyło do wybrzydzania na konkretną szkołę, uczelnie czy nauczyciela (wykładowcę)?

 

Notka o autorze: Prof. dr hab. Stanisław Czachorowski jest biologiem, ekologiem, nauczycielem i miłośnikiem filozofii przyrody, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Niniejszy wpis ukazał się na jego blogu Profesorskie Gadanie. Licencja CC-BY.

 

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie