Prawda nas wyzwoli!

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia

Zacznę od pieca. Ciekawe, czy ktoś zwrócił uwagę, że jesteśmy świadkami bezprecedensowej liberalizacji w systemie oświaty. Otóż w najnowszym rozporządzeniu o BHP poluzowano gorset przepisów! Co prawda, na maleńkim tylko odcinku – postępowania podczas opadów śniegu, ale jednak. W dotychczasowej wersji tego dokumentu dyspozycja była jednoznaczna – przejścia na terenie szkoły lub placówki należało oczyszczać ze śniegu i lodu oraz posypywać piaskiem. Teraz natomiast piasek wykreślono, wstawiając w zamian bardziej ogólny obowiązek zabezpieczenia przed poślizgiem. Możemy zatem posypać czymkolwiek (nawet, o zgrozo, solą), albo zgoła nie posypać, jeśli z jakiegoś powodu uznamy, że nie jest ślisko. Uczynić, co rozum podyktuje. Po prostu orgia wolności dla dyrektora, który odpowiada przecież za wszystko.

Chciałoby się rzec – mały krok (w myśleniu) ministerialnych urzędników, a wielki krok ludzkości!

Odkładając żarty na bok przyznam, że nie wierzę już, by za mojej kadencji na Ziemi społeczeństwo dostrzegło w absurdalnie drobiazgowych przepisach źródło wtórnej bezmyślności, per saldo groźniejszej dla ludzi, niż chociażby oblodzenie chodników. Nie tylko zresztą w oświacie tendencja panuje zgoła odwrotna – kodyfikowania wszystkiego. Czy czujemy się przez to bezpieczniej? Przypuszczam, że wątpię. Owszem, zdecydowanie łatwiej jest znaleźć winnego, bo przecież w dzisiejszym świecie 2.0 wszystko, co nieprzewidziane, niekorzystne, a nawet losowe, musi mieć przypisanego winowajcę. Osobiście jednak nie cenię sobie tego luksusu.

Przejdźmy teraz do meritum dzisiejszego wpisu, który poświęcę (raz jeszcze) nauczycielom i ich akcji protestacyjnej. To tylko pozornie temat zupełnie odległy od poruszonego na wstępie. W praktyce ma on wiele wspólnego z niewolniczą naturą nauczycieli i dyrektorów szkół, wykształconą przez dziesięciolecia krępowania ciasnym gorsetem przepisów i wytycznych, z niedługim tylko okresem względnej liberalizacji lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Co prawda, obecna pani minister wprowadziła w życie wiele rozwiązań złych, bardzo złych i zgoła karygodnych, ale jeśli chodzi o leżącą u ich źródła koncepcję wszechogarniającego prawa oświatowego, wzmocniła tylko tendencję widoczną już u jej poprzedników.

Jest ogromna sprzeczność pomiędzy wizją nowoczesnej edukacji, opartej na indywidualnym rozwoju, stawiającej na piedestale świadomość i kreatywność uczniów, a niewolniczą mentalnością nauczycieli. Oczywiście nie spędza to snu z powiek pani Zalewskiej, która z pełnym oddaniem i bez cienia wątpliwości – w końcu jest z zawodu nauczycielką – realizuje chore koncepcje swoich mocodawców, ale powinno stanowić przedmiot refleksji dla wszystkich ludzi myślących o tym, jak działać, żeby było lepiej. Także w kontekście akcji protestacyjnej, która powinna przecież doprowadzić do jakiejś pozytywnej odmiany.

Do tego wątku jeszcze powrócę, ale najpierw nieco spostrzeżeń dotyczących debaty, jaka toczy się, oczywiście głównie w internecie, nad możliwymi formami protestu. Największe poparcie uzyskuje pomysł powszechnego udania się nauczycieli na L4, na razie podczas próbnych egzaminów ósmoklasisty OKE. Nieco mniej mówi się o strajku, a inne pomysły w praktyce nie istnieją. To ostatnie boli mnie szczególnie.

Czytelnik bloga „Wokół szkoły” zna zapewne moje wcześniejsze wypowiedzi w tej kwestii. Rzeczową, napisaną w odpowiedzi na ankietę ogłoszoną przez MEN (Wyjdźmy z cienia (hipokryzji)!), jak również quasi-artystyczną, ujętą w formie Teatrzyku Zielona Gęś (Protest nauczycieli (okiem Gałczyńskiego)). Wie, że w pierwszej z nich zgłosiłem propozycję gremialnego pisania listów do pani Zalewskiej, zawierających stosownie umotywowane oświadczenie o braku możliwości „zrealizowania” podstawy programowej. Nie będę powtarzał tamtego wywodu, dość na tym, że taki sposób protestu – wyjście z cienia hipokryzji, wydał mi się propozycją całkiem sensowną. Statystyki jednak zdają się mówić co innego. Co prawda, artykuł przeczytało ponad dziesięć tysięcy osób, a skomentowało życzliwie w różnych miejscach kilkadziesiąt, ale już gotowość do natychmiastowego działania wyraziła jedna (słownie: jedna). Czyli – moja propozycja nie trafiła ani „w punkt”, ani w oczekiwania społeczne. Jednak boli coś innego.

Otóż bezpośrednio pod artykułem na blogu znalazł się komentarz, którego autorka stwierdziła:

Widmo pisania listów do osoby, którą uważam za bezrefleksyjną, posłuszną wykonawczynię rozkazów z góry, nie odpowiada mi, przy całym szacunku dla inwencji proponenta. Byłoby to działanie słuszne w normalnej rzeczywistości, w kraju rządzonym uczciwie. Z przykrością (bo chciałabym w takim kraju żyć) wolę tę odrobinę czasu przeznaczyć choćby na „realizację PP”.

Wpis nie jest anonimowy, więc wiem, że napisała go osoba mi życzliwa i bardzo zaangażowana w działania na rzecz zmian w oświacie. A jednak ze swej strony ucięła dyskusję, nie dając nawet szansy przeanalizowania „za” i „przeciw” mojego pomysłu. Można powiedzieć, że jest to typowe dla mediów społecznościowych i powstałej wokół nich kultury debaty, która polega na wykładaniu własnych poglądów, zazwyczaj w sposób kategoryczny, bez większej szansy wypracowania wspólnego stanowiska. Bo i po co, skoro każdy wie swoje. Ale sam rzeczony komentarz też nie jest bolesny; źródłem mojej frustracji jest ogólny brak rzeczowej dyskusji na temat pomysłu, który może nie jest dobry, ale stanowi jakąś alternatywę dla „opcji atomowej”, jak określa się bojkot egzaminów, niezależnie od tego, czy poprzez zwolnienia lekarskie nauczycieli, czy też strajk.

Postanowiłem zatem raz jeszcze podjąć ten temat, aby mieć czyste sumienie, że uczyniłem wszystko, by dać mu szansę zaistnienia.

* * *

Rzecz jasna, trudno spodziewać się, by pani minister przeczytała listy nadsyłane przez nauczycieli, a tym bardziej, żeby ich treść naruszyła żelbeton jej światopoglądu. Tego nie osiąga nawet Rzecznik Praw Dziecka, choć trzeba mu przyznać, że usilnie próbuje. Jednak gdyby poczta w ciągu kilku dni dostarczyła do siedziby MEN ze dwadzieścia tysięcy przesyłek, trudno byłoby ten fakt ukryć. Przy odpowiednim nagłośnieniu znalazłoby się w mediach zdjęcie listonosza, targającego worki z listami, a publikatory opozycyjne wobec „dobrej zmiany” z pewnością skorzystałyby z okazji, by upowszechnić treść przesyłek. Byłaby ona w jawnej sprzeczności z deklaracjami pani Zalewskiej, że cała reforma przebiega planowo, ku zadowoleniu większości społeczeństwa. Nie mogłaby już ministra twierdzić, że „nie docierają sygnały” o jakichkolwiek problemach w tej kwestii.

Ktoś powie, że przecież media nagłaśniają wystąpienia Rzecznika Praw Dziecka – i bez rezultatu. Ale w dzisiejszym świecie dwadzieścia tysięcy przesyłek po prostu waży więcej niż pojedyncze listy autorytetu, choćby największego.

Nawiasem mówiąc, proponuję nauczycielom, żeby swoją korespondencją wsparli tylko to, o czym oficjalnie i dobitnie pisze Rzecznik – że podstawa programowa jest jedną z głównych przyczyn problemów, za które odpowiedzialność MEN próbuje przerzucić na pracowników szkół. Może warto ruszyć się, by wspomóc jego wysiłki, póki jeszcze na tym stanowisku nie znalazł się nominat obecnej władzy!

Jestem przekonany, że podstawa programowa w obecnym kształcie jest po prostu nie do zrealizowania. Kto z nauczycieli twierdzi inaczej, to albo jej nie przeczytał, albo stosuje zabieg uspokajający sumienie - realizując ją bez nacisku na dokładność, ot tak, by wszystkie zagadnienia choćby tylko się pojawiły. W istocie dokonuje więc selekcji na treści ważniejsze i mniej ważne. Może zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i dobrem dzieci, ale na pewno nie z literą prawa. Tymczasem, jeżeli obowiązujące przepisy nakładają na nas obowiązek, którego nie jesteśmy w stanie wykonać, a dodatkowo uderzają w dobro powierzonych nam uczniów, to poinformowanie o tym instancji wyższych jest nie tylko naszym prawem, ale i obowiązkiem.

Zaletą formy protestu, którą proponuję, jest jej nieantagonistyczny charakter wobec dzieci i rodziców. Wszak byłoby to wystąpienie w interesie uczniów. Nie wierzę w powszechne poparcie rodziców dla akcji bojkotu egzaminów, natomiast można by liczyć na ich wsparcie w postaci choćby pisania własnych listów, np. popierających wystąpienia Rzecznika Praw Dziecka.

Wielka jest frustracja nauczycieli z powodu niskich zarobków. Wielka zazdrość, że policjantom udało się wywalczyć podwyżki. Ale z wyższymi zarobkami funkcjonariusze policji nadal pozostali w niedoinwestowanych komisariatach, zmuszani do naginania statystyk. Może tylko trochę mniej sfrustrowani w kwestiach materialnych. Czy postulowane 1000 złotych dla nauczycieli zmniejszyłoby problem przeładowanych programów, nauki na zmiany, czy durnych przepisów? Oczywiście, że nie. Owszem, łatwiej byłoby utrzymać się na jakim-takim poziomie życia, ale na pewno praca nie stałaby się przez to łatwiejsza, bardziej efektywna, czy po prostu bardziej sensowna w stosunku do uczniów.

Pomysłowi pisania listów można zarzucić, że nie przekłada się bezpośrednio na żądanie podwyżek. To prawda, ale stanowi łatwiejszą drogę do zintegrowania środowiska, niż zwolnienia lekarskie lub strajk. Osiągając sukces, za który uznałbym kilkadziesiąt tysięcy przesyłek wysłanych do MEN, działanie to dałoby nauczycielom poczucie, że występują wreszcie przeciw absurdom fundowanym przez państwo systemowi edukacji. Wtedy późniejsze, solidarne wystąpienie z postulatami płacowymi byłoby bardziej realne.

Na zakończenie powrócę jeszcze do porzuconego wcześniej wątku niewolniczej mentalności nauczycieli. „Realizowanie” niemożliwej do zrealizowania podstawy programowej, to przecież nie jedyny przejaw hipokryzji w naszej pracy. Pamiętam jak znajomi opowiadali mi o jedynym-słusznym podręczniku dla klas 1-3, który zafundowała szkołom pani minister Kluzik-Rostkowska. Jak to karne szeregi tego dzieła zapełniały półki w klasie, żeby broń Boże nie zniszczyły się, a do nauki kserowało się dzieciom inne, bardziej przydatne materiały. Pamiętam, jak inni znajomi ekscytowali się tzw. edukacyjną wartością dodaną (EWD), kompletnie nie zdając sobie sprawy, że jest to gra o sumie zerowej, tzn. sukces jednych musi być zrównoważony porażką innych. Podobnie jest zresztą teraz, w obliczu zbliżających się egzaminów, do których staramy się przygotować uczniów jak najlepiej. A przecież choćby wszyscy ósmoklasiści opanowali nawet 90% wymagań, jakie znajdą się w arkuszach egzaminacyjnych, to przecież część z nich przegra, bo ktoś przegrać musi . I to wszystko w czasach, gdy w pedagogice tak bardzo podkreśla się przewagę współpracy nad rywalizacją.

Wszyscy uczestniczymy w teatrze absurdu, jakim jest „indywidualizacja nauczania” na lekcjach przedmiotu, odbywającego się raz w tygodniu w wymiarze 45 minut. Jak choćby biologii czy geografii w piątej klasie. Akceptujemy wędrówki nauczycieli w poszukiwaniu godzin etatowych, nie mających nawet szansy porozmawiania z uczniami w szkole, do której zaglądają raz w tygodniu. Udajemy, że ma to sens edukacyjny. To tylko niektóre absurdy, z którymi godzimy się, zamiast mówić jak jest naprawdę.

Zacznijmy głośno i publicznie mówić prawdę. Drodzy Nauczyciele, tylko prawda może nas wyzwolić!

 

Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się pierwotnie w blogu autora.

 

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie