Magister doce te ipsum

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Edunews.pl to z pewnością platforma prowokująca do myślenia, pokazująca, że, od czasu do czasu, poza codziennym zmaganiem z oportunistyczną ignorancją Jasia i obowiązkowym już zachwytem nad „nowym” w szkole, nauczyciele i ludzie zajmujący się edukacją profesjonalnie zdolni są do refleksji nad otaczającą ich rzeczywistością. Taką właśnie, nietuzinkową, daleką od urzędowej sztampy i kołczowskiego zadęcia refleksją jest tekst Małgorzaty Bukowskiej-Ulatowskiej – konsultantki ds. edukacji języków obcych w Centrum Edukacji Nauczycieli w Gdańsku.

O razu na wstępie uprzedzę, że, podobnie jak jego autorka (zob. Fastfoodyzacja doskonalenia zawodowego nauczycieli?), też nie czuję się na siłach odpowiedzieć na stawiane przez nią na końcu wpisu jakże istotne pytanie o właściwą formę nauczycielskich szkoleń – problem jest niezwykle złożony i nie sądzę, by mógł być rozwiązany globalnie. Myślę jednak, że rozważania nad choćby cząstkową odpowiedzią należałoby rozpocząć od dociekań przyczyny zaobserwowanego przez nią zjawiska: Dlaczego doświadczamy kryzysu doskonalenia zawodowego nauczycieli? Dlaczego oczekiwania przeciętnego nauczyciela wobec szkoleniowca rozmijają się z intuicjami tego ostatniego i bardziej są podobne niewyrafinowanym gustom klienta baru szybkiej obsługi, niż smakosza dań serwowanych w dobrej restauracji?

Żeby nie zaczynać cynicznie, będę optymistycznie udawał, że powód oczywisty w ogóle nie przychodzi mi na myśl. Kto zresztą mógłby przypuszczać, że istnieją ludzie, którzy utknęli w zawodzie nie dającym żadnych perspektyw ekonomicznych, późno to do nich dotarło, ale wiedzą już, że wyżej nerek nie podskoczą i po prostu nie widzą najmniejszego sensu inwestowania swojego czasu i resztek energii na wysłuchiwanie instrukcji, jak jeszcze wydajniej je tracić?

Podobnie, nie będę się na próżno zastanawiał nad przyczynami systemowymi – brakiem twórczego zainteresowania ze strony czynników decyzyjnych oraz merytorycznego zaplecza uniwersyteckiego – zostawię je dla bardziej zorientowanych, bo przyznaję, że poza polityką, urzędniczą dezynwolturą, nieobecnością zachęty ekonomicznej i miałkością intelektualną przekazu, nie przychodzi mi nic do głowy.

Zacznę więc z niższego poziomu, od przyczyny najogólniejszej i podstawowej – wielu nauczycieli od dawna już nie funkcjonuje w jednolitej, idealistycznej, misyjnej bańce Stasi Bozowskiej, a tym bardziej nie identyfikuje się z oderwanymi od rzeczywistości, niemożliwymi do pogodzenia założeniami i wymaganiami pełnej sprzeczności instytucji, działającej na wariackich papierach. Na co dzień funkcjonują oni w niezliczonych kołach społecznych sprzężeń zwrotnych, które jednak z rzadka zawierają potoczne, laurkowe wyobrażenia-klisze o oświacie powszechnej. Wbrew pozorom, bliżsi są w tej mierze oczekiwaniom społecznym, niż ogarnięci politycznie poprawnym chciejstwem teoretycy edukacji. Ci ostatni nie do końca trafnie odczytują przekaz płynący od klienta szkoły! Żądanie „żeby było lepiej” niekoniecznie oznacza powszechną akceptację dla ich „nowoczesnych” i postępowych koncepcji, a tym bardziej dojmującą tęsknotę za poznaniem – jest przede wszystkim wołaniem o zdjęcie odpowiedzialności i zastąpienie wszelkich wymagań wygodną świetlicą, czynną przynajmniej 12 godzin na dobę. Tak więc, nauczyciele są nie tylko adresatem teorii edukacji, ministerialnego i korporacyjnego przekazu oraz niezliczonych, opartych na powyższych szkoleń, ale przede wszystkim podlegają presji ze strony targetu swoich działań. Ten z kolei szybko i chaotycznie się zmienia w wyniku przemian społecznych i kulturowych. Tak się jakoś składa, że ostatnio jego zainteresowania oscylują raczej wokół szwedzkiego stołu, a nawet taśmociągu gotowych dań na wynos, a nie delektowania się niuansami smaku – w szkole ma być jak w McDonald’s – szybko, tanio i do syta byle czego, byle estetycznie podanego.

Rzeczywistość szkolna na ogół bardzo daleka jest od wyobrażeń i zaleceń nawiedzonych kołczów oraz sprzedawanej przez nich taniej psychologii. Nauczyciel, napompowany różowo-kisielową indoktrynacją, codziennie zderza się z realiami, które nie są realiami szkoleniowych autorytetów i które śmieją mu się w nos. Reprezentatywna liczba jego uczniów (oraz ich rodziców) ma głęboko jego nabyte na dokształtach metodyczne wygibasy i zamiast wypracowywania pożądanych wyników, internalizacji wiedzy oraz pogłębionej refleksji, żąda natychmiastowych rozwiązań, dróg na skróty, prymitywnych myślowych wytrychów i fajerwerków, które można potem zalajkować na rodzicielskich forach. Dla przykładu, wbrew wyobrażeniom rozmaitych „obudzonych”, do modnej ostatnio kwestii oceniania i samych ocen podchodzą niezmiernie praktycznie i cynicznie, traktując je jak środki płatnicze, które najpierw trzeba zarobić, żeby nabyć za nie inne dobra. Doskonale przy tym wpasowują się w realia świata zewnętrznego – tak jak on, szkoła najczęściej nie jest dziś enklawą idei, poszukiwań, czy rozwoju osobistego. Postulat praktyczności, powszechnie teraz wysuwany wobec szkoły, zdaje się więc spełniony, choć pewnie to spełnienie wygląda zupełnie inaczej niż w snach rozmaitych pięknoduchów. Dzieje się tak nie tylko ze względu na bezwład i zastój w oświacie publicznej, niemoc wynikającą z jej ustroju, ale także w wyniku oportunistycznego zapotrzebowania społeczeństwa, które chętnie deklaruje przywiązanie do rozmaitych „wartości”, ale jeśli wymagają one zaangażowania środków własnych, poświęca je bez wahania na ołtarzu pragmatyki i lenistwa.

W takim klimacie, nie jest dziwne, że przeciętny nauczyciel, chcąc sprostać wymaganiom kultury nagrody „na kliknięcie”, takich właśnie rozwiązań potrzebuje i oczekuje od swojego szkoleniowca. I tu pewnie panią Małgorzatę zdziwię, ale rynek nie pozostaje obojętny wobec takiego popytu. Fast-foodowe szkolenia z cudowną ofertą leków na wszelkie szkolne bolączki są powszechnie dostępne, często oferując te panacea w aurze wtajemniczenia i ekscytacji, dużo taniej, niż cudowne garnki. Za niewygórowaną cenę kilku godzin z życia, nabyć można objawienia skompromitowanej neurodydaktyki, tajniki kinezjologii, zachwycić się głębią mindfulness i mnogością rodzajów inteligencji, jeśli własnej nie staje. Trzeba przy tym zauważyć, że zarówno szkoleni nauczyciele, jak i wynajęci przez nich kołcze są już często przedstawicielami pokoleń, które taką formą dokształtu (na poziomie uczniowskiej prezentacji, podlanej obficie sosem amwayowskiej ściemy) nie są wcale zdziwione. Pierwsi z nich łykają te wszystkie „tajemnice”, jak karmione nad stawem kaczki, drudzy, z poczuciem misji, tę żałosną, rozmoczoną bułę poradnictwa im ciskają. Postmodernistyczna oświata, zdejmująca z użytkownika wszelką odpowiedzialność i utwierdzająca go w równorzędności narracji bzdury i faktów, faworyzuje taki właśnie model i dotyczy on w tej samej mierze ludzi wpatrzonych w tablicę, co tych na ogół zwróconych do niej plecami. Śladowa skuteczność tak zdobywanej „wiedzy” (jeśli takie wskazówki sprawdzają się w szkole, to jedynie w skali jednostek, a nie ogółu) nie wywołuje u adresatów refleksji nad sensem jej pozyskania, ale głód następnej porcji fast-foodu – a nuż na następnym kursie niezadawania prac domowych, dowiemy się wreszcie jak sprawić, by na jednej godzinie w tygodniu zapewnić uczniowi wystarczającą ekspozycję na treść zajęć?

W tej sytuacji, nie powinno nas również dziwić, że ci nauczyciele, którzy się na ten kit nie łapią (bo sami studiowali coś więcej, niż miękkie kompetencje) po jednym takim doświadczeniu nie są skłonni więcej godzin ze swego życia poświęcać. Bo niby po co? Żeby zachodziła praca w grupach czy wymiana doświadczeń uczestników podczas warsztatów, pomagające im w ich własnej pracy, jak umarłemu kadzidło? Tego rodzaju mądrości mają na wyciągnięcie palca i kliknięcie, szkoda im więc i czasu, i tyłka. Niewykluczone, że w ten sposób sprzed nosa uciekają im czasem perły pedagogicznej wiedzy i szkoleniowe talenty, ale prowadzona na własny użytek statystyka jest nieubłagana – ryzyko kolejnej wtopy jest po prostu zbyt duże. To, że istnieje możliwość, że dokonują właśnie nienajlepszych wyborów na ścieżce własnego rozwoju nie zmienia faktu, że owa propozycja rozwoju jest zwykle mocno spóźniona – nauczycielu, ucz się sam. Tacy ludzie nie są ani wszechwiedzący, ani zadufani – wykazują po prostu minimum kompetencji, których wymagają od swoich uczniów: czytają ze zrozumieniem i to nie tylko dzieła youtubowych ekspertów od edukacji, są zdolni do selekcji informacji i refleksji, odróżniają fakty od opinii i rozumieją wielosylabowe słowa. Nie są również podatni na kołczowską manierę „pozytywnej manipulacji”, mając zwyczaj zastanawiania się nad przedstawianymi im treściami. Niełatwo ich na przykład zmotywować truizmem Hattiego, że rozwój zawodowy nauczyciela ma wpływ na osiągnięcia edukacyjne jego uczniów, skoro z innego zestawienia jego „barometru wpływu” mogą się dowiedzieć, że wpływ ich wiedzy merytorycznej przedstawiony został (niewiadomo jak otrzymanym) współczynnikiem o wartości… 0,09. Oni z pewnością nie będą robić frekwencji na szkoleniach z wymyślania koła na nowo. Nie ubolewałbym nad tym zbytnio – to chyba nie ich absencja stanowi sedno problemu. Podejrzewam wręcz, że to głównie adresaci o mniej wyrafinowanych oczekiwaniach na warsztatach nie dopisują.

Za taki stan rzeczy obwiniałbym przeszacowanie po stronie organizatorów rzeczywistego (a nie deklarowanego) zainteresowania tematami odległymi od szkolnej rzeczywistości i wyolbrzymianie skali problemów dotyczących często marginesu funkcjonowania szkoły. Ponadto, podobnie jak sami nauczyciele w przypadku niesienia kaganka niezainteresowanym, tak i szkoleniowcy przeceniają utożsamianie się doszkalanych ciał pedagogicznych z obowiązującym przekazem ministerstwa, kuratoriów i innych ciał doradczych, o mdłym nakazie „dialogu i szacunku” nie wspominając. Nauczyciele bardzo często wiedzą, że ukazywane im z prestidigitatorską celebrą sposoby na Jasia w żaden sposób nie zadziałają w dostępnych im warunkach i w czasie, jaki mają do dyspozycji.

Przykładem niech będzie ostatni szkoleniowy hit: Wpływ nauczania zdalnego na psychikę uczniów. Nikt nie neguje samego zjawiska, natomiast jego skala, a przede wszystkim wpływ, jaki nauczyciele mają na nie post factum w żaden sposób nie usprawiedliwiają tej gorączki. Kołcze przyjeżdżają i przez dwie godziny opowiadają, jaką to traumą dla dziecka (zwłaszcza nastolatka) była niemożliwość napisania dziesiątek sprawdzianów w szkolnej ławce i tęsknota za rówieśnikami, z którymi wreszcie miało czas spotkać się w domu. Potem pojadą siać panikę gdzie indziej, na odchodne pozostawiając dobre rady i jeszcze lepsze zalecenia. Te ostatnie sprowadzają się do wzmożenia czujności i empatii, co, wobec braku sensownych badań (ankiety na żenującym poziomie, często sugerujące odpowiedzi), niemal żadnych możliwości diagnostycznych i znikomych kompetencji psychologicznych adresatów, zostaje przez szkolone ciała przyjęte ze zrozumieniem (dla niewiedzy kołczów) i nadzieją (na szybki koniec szkolenia).

Czy warto marnować czas i środki na taki „rozwój zawodowy”? Na dwugodzinne dochodzenie do wniosków, które na poczekaniu i bez szkolenia wysnułaby pani woźna, gdyby ją tylko o nie zapytać? Dla wielu nauczycieli, jeśli tylko mają wybór, jest to naprawdę pytanie czysto retoryczne. No cóż, przykre to, ale nie da się ukryć, że potrzebę szkoleń trzeba często pozorować, bo przecież stały się już częścią nauczycielskiego etosu i ważną składową korporacyjnej kultury szkolnej. Wiadomo, że nauczyciele mało (sic!) pracują (dla wtajemniczonych jest jasne, że ciężko im tę pracę udokumentować), trzeba więc jakoś uwiarygodnić wypłacane im zapomogi, pardon, pensje. Rozmaite pseudo szkolenia doskonale się do tego nadają. Całość problemu jako żywo przypomina znane wszystkim doskonale realia wielogodzinnych nasiadówek, zwanych radami pedagogicznymi – ze średnio 3-4 godzin spędzanych na takich zebraniach, pojedynczego nauczyciela bezpośrednio dotyczy treść omawiana przez może 15-30 minut. Ze świecą jednak szukać odważnego, który zgodnie z prawdą powiedziałby, że takie spędy powinny trwać maksymalnie około godziny i dotyczyć jedynie spraw wymagających wspólnych decyzji całego szacownego gremium. Całą resztę można przecież załatwić przez stronę internetową lub w małych, zainteresowanych zagadnieniem zespołach, zwołanych na dużej przerwie. Ze szkoleniami jest podobnie. I tu również niewielu obligatoryjnie szkolonych (i szkolących też) jest skłonnych otwarcie to przyznać. Nie zmienia to faktu, że raczej trudno w tym cyrku uczestniczyć z przekonaniem i zaangażowaniem. A gdyby tak móc ten sam czas poświęcić na pracę z uczniem? Bez szkolenia? Bez bicia piany?

Mówiąc o niewielkiej popularności niektórych szkoleń, trzeba niestety wspomnieć rzecz wstydliwą, a nie wiedzieć czemu tolerowaną (a może po prostu ignorowaną?): Polscy nauczyciele się starzeją i już należą do najstarszych w Europie (trend ten może się jedynie pogłębiać dzięki perspektywistycznemu myśleniu naszych decydentów) i choć to nie metryka, ale mentalność ma w kwestiach profesjonalnych decydujące znaczenie, łatwo zaobserwować korelację niechęci do przyjmowania nowych treści z bardziej zaawansowanym wiekiem szkolonego. Niechęć ta nie wynika oczywiście jedynie z oporu podmiotu i było to ewidentne w przypadku ostatnich kontrowersji wokół nauczania zdalnego. Spora część starszych nauczycieli miała duże problemy z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości i mimo nieraz szczerych chęci, nie była w stanie swoich zaległości nadrobić na tyle szybko, by nie przełożyły się one na jakość świadczonej przez nich pracy. W dużej mierze było to jednak pochodną systemowego zaniedbania – jakoś do tej pory wolno im było ignorować świat nowych technologii, mimo że codziennie pracują z ludźmi, dla których są już one integralną częścią naturalnego środowiska. Nasze władze oświatowe nie zrobiły dotąd nic, żeby pewne określone kompetencje wymusić i egzekwować, i nie widzą problemu w tym, że spora część kadry nauczycielskiej nie jest praktycznie w stanie pracować w nowych dla siebie warunkach.

Organizowane dla nich obecnie szkolenia nie cieszą się wielką atencją, bo… są już musztardą po obiedzie. Nauczycielom brakuje często absolutnych podstaw, przy których niemożliwość wykorzystania wszystkich funkcjonalności dostępnych aplikacji edukacyjnych, to małe miki. Organizatorzy szkoleń z tego zakresu powinni sobie zdawać sprawę, że braków w edukacji IT, u ludzi z trudem ogarniających własną pocztę mailową nie da się wyeliminować, zaczynając od zarzucenia ich masą nowych możliwości do wykorzystania od jutra. Na taki kurs oni po prostu nie przyjdą, mając go dość już po pierwszych zajęciach. Przedstawiony przykład jest drastyczny, ale ilustruje także problem innych kompetencji, których nauczyciele po prostu nie byli i nie są zobowiązani nabyć. Zamiast ich egzekwowania w toku prowadzonych lekcji, jesteśmy świadkami markowania działań szkoleniowych na ogromną skalę, co ma świadczyć o permanentnym podnoszeniu kwalifikacji, a jest jedynie wysiadywaniem godzin, w pogoni za 40-to godzinnym tygodniem pracy. A pan Czarnek et consortes (podobnie zresztą jak ich liczni poprzednicy) są szczęśliwi, że dzieci wróciły do szkół, gdzie znów mogą obcować z kredą i tablicą, których obsługę ich nauczyciele już opanowali. Nie zamierzają się problemem przejmować, bo do masowej szkoły online już nie dopuszczą, żeby nie wiem co się działo – w końcu SARS-CoV-2 to nie ebola.

Presja zero-jedynkowej praktyczności, wywierana przez niepoddane konkretnym wyzwaniom społeczeństwo, często kiepski poziom merytoryczny oferowanego kształcenia zawodowego i przygotowania samych uczestników oraz niejednokrotnie znikoma przydatność kursów to nie jedyne czynniki przerabiające szkolenia i warsztaty na łatwo strawną, niezbyt pożywną, choć wypełniającą papkę. Dobry, doświadczony szkoleniowiec powinien także brać pod uwagę (co niestety zdarza się bardzo rzadko), że jego target jest co najmniej tak zróżnicowany, jak przeciętna klasa, z którą ma do czynienia szkolony przez niego nauczyciel. Mimo ponowoczesnej, nowo-paradygmatowo-poprawnej indoktrynacji, nie wolno mu np. ignorować faktu, że nie wszyscy uczestnicy szkolenia to podnieceni samą możliwością dialogowania, wymiany doświadczeń i współpracy ekstrawertycy i… kobiety. Tak, dopóki uprawnienia pedagogiczne będą także zdobywać ludzie o innej konstrukcji psychosomatycznej i nie będą z pracy zwalniani za niezbyt entuzjastyczny stosunek do obowiązkowej „pracy w zespole”, należałoby uwzględniać ich w ofercie. I nie, nie jadę tu stereotypem, przeciwstawiam się właśnie stereotypowi tworzonemu na nowo, na zamówienie politycznej poprawności. I tak, mam odwagę powiedzieć, że równouprawnienie płci nie oznacza zaniku różnic między nimi, innego postrzegania i doświadczania tych samych bodźców, różnej ich internalizacji i odmiennych na nie reakcji. Nie oznacza również zastąpienia jednego modelu zachowań drugim, bo żaden z nich nie jest obiektywnie lepszy. Tak, jak patriarchalny model kulturowy i dyktat testosteronu nie stanowi całej odpowiedzi na złożoność świata, tak jego matriarchalny, estrogenowy odpowiednik, narzucany seksistowskim rewanżyzmem, jest jedynie terrorem á rebours. Wspomniany szkoleniowiec nie powinien więc z góry zakładać, że jedyną drogą przyswojenia treści szkolenia jest np. afektowana „wymiana” tych samych poglądów albo wypowiadanie się z użyciem mikrofonu na forum lub podczas pracy. Powiedzmy sobie szczerze, człowiekowi o introwertycznym typie osobowości, albo „typowemu samcowi” potrzebne są inne bodźce i niekoniecznie musi on wpasowywać się w aktualnie obowiązujący model normatywny. Nie potrzebuje też grupy wsparcia, dostarczającej mu nieustannie determinacji, aby wprowadzać rzeczywiste pozytywne zmiany w warsztacie pracy. Wie o tym (także ze szkoleń) każdy nauczyciel, mający na co dzień do czynienia z mnogością postaw i typów osobowości – dlaczego rzeczywistość ma wyglądać zupełnie inaczej, gdy podmiotem kształcenia jest on sam?

Na koniec i na marginesie, jeszcze jedna refleksja odnośnie przemian kulturowych zachodzących w stronę… braku kultury. Ponieważ pani Małgorzata zdawała się zdziwiona frekwencją na swoim szkoleniu, chętnie bym ją zapytał, ilu niedoszłych uczestników raczyło uprzedzić ją o zmianie planów. Zaczyna być nową normą obyczajową, że nikt nie informuje drugiej strony, że nie jest już zainteresowany wcześniejszymi ustaleniami: taksówkarze czekają na klientów, którzy zapomnieli, że taksówkę zamawiali; rekruterzy czekają na kandydatów, którzy uznali, że oferowane stanowisko jest poniżej ich godności; oferenci na próżno czekają umówionego spotkania z klientem; a gwałtownie ozdrowiałym nie chce się zadzwonić do przychodni, kiedy rezygnują z wizyty. I to wszystko w dobie nieograniczonych możliwości komunikacyjnych. Ja też obawiam się, że mamy do czynienia z poważniejszą zmianą. Niedobór miękkich kompetencji? Może jakieś szkolenie?

 

Notka o autorze: Robert Raczyński – anglista, tutor, nauczyciel chyba nie tylko angielskiego, ale z dystansem do misji, metodyki i nauczania masowego, dydaktyczny oportunista. Kiedyś uczył w śp. gimnazjum, dziś w liceum. Prowadzi blog Eduopticum, o oświacie, edukacji i ich funkcjonowaniu w kulturze.

 

Jesteśmy na facebooku

fb
Edunews.pl oferuje cotygodniowy, bezpłatny (zawsze) serwis wiadomości ze świata edukacji. Zapisz się:
captcha 
I agree with the Regulamin

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie