Którędy do zmiany w edukacji?

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Za sprawą ”Gazety Wyborczej” każdy może być świadkiem ciekawego sporu, który doskonale wpisuje się w żywą obecnie dyskusję o tym, jak powinna wyglądać współczesna szkoła i jakich zmian potrzebuje. Po jednej stronie występuje Wojtek Gawlik, nauczyciel, działacz edukacyjny (Edu-klaster) – osoba niezwykle aktywna w debacie toczącej się w internecie na ten temat. Po drugiej – Maciej Jakubowski, socjolog oraz ekonomista z cenzusem habilitacji, w swoim czasie współtwórca koncepcji edukacyjnej wartości dodanej (EWD), ekspert w międzynarodowych badaniach prowadzonych pod auspicjami OECD (m.in. PISA), w latach 2012-2014 wiceminister w MEN, a obecnie adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Pan Jakubowski jest także szefem Fundacji Naukowej Evidence Institute, prowadzącej m.in. badania młodzieży pn. „Kompetencje dla przyszłości” oraz ranking „Miejsca przyjazne edukacji” wskazujący samorządy, gdzie edukacja jest na najwyższym poziomie.

To pierwszy chyba przypadek, kiedy mało w istocie interesująca szerokie kręgi społeczeństwa kwestia pożądanych kierunków zmian w edukacji znalazła tak szerokie odbicie w popularnym medium. Chwała zarówno "Gazecie", która wyszła poza powierzchowne prezentowanie tej tematyki, jak i dyskutantom, pokazującym szerokiemu gronu odbiorców odmienne spojrzenia na problem interesujący zazwyczaj tylko specjalistów. Ja ze swej strony pragnę zachęcić Czytelników do zainteresowania się sprawą, bowiem wiek ciemnoty w kręgach zarządzających polską edukację kiedyś się skończy, a wtedy ustalenie sposobu patrzenia na jej problemy stanie się potrzebą chwili, decydującą o kierunku rozwoju, czy może raczej odbudowy.

Mam też motyw prywatny, ale o nim za chwilę.

***

Chronologicznie pierwsza była wypowiedź Macieja Jakubowskiego w wywiadzie przeprowadzonym przez Karolinę Słowik, opublikowanym 16 stycznia br. na łamach wyborcza.pl pod tytułem "Pruska szkoła" nie brzmi jak dobra zabawa, ale daje porządek. Jak uczyć z sensem po feriach" (ZOBACZ TUTAJ). Jego główną tezą, którą przytaczam na użytek Czytelników nie posiadających wykupiomego dostępu do zasobów tego medium, było stwierdzenie, że badania naukowe świadczą na niekorzyść tak modnych obecnie pomysłów, by w ramach edukacji, także szkolnej, młodzież mogła sama odkrywać świat, korzystając z pomocy nauczyciela jedynie jako przewodnika. Pan Jakubowski podkreślił znaczenie wiedzy nabywanej w procesie systematycznego uczenia się pod kierunkiem nauczyciela, broniąc sensu tego, co określa się dzisiaj, czasem z odcieniem pogardy, metodą podawczą. Wskazał, że w myśl badań naukowych metody, w których uczeń sam odkrywa świat, są mniej skuteczne niż tradycyjne podejście, kiedy nauczyciel prowadzi go krok po kroku ku samodzielności. Wystąpił przy tym w obronie testów, które „według badań są niezwykle skuteczne”. O obecnej podstawie programowej powiedział, że nie wie, czy jest przeładowana, bo nie odbyła się poważna debata na ten temat, jednak jego zdaniem szeroka wiedza ogólna jest podstawą dobrego wykształcenia. Konkludując, skuteczna nauka nie musi być dobrą zabawą, może wydawać się nawet nudna, ale musi być uporządkowana. Nauka przez zabawę wcale bardziej nie motywuje do pracy, za to wywołuje zagubienie, obciąża mózg, a długofalowo może wręcz motywacji zaszkodzić.

***

Każdy, kto choć trochę poznał poglądy aktywnych rzeczników zmian w edukacji, takich, jak na przykład pani Marzena Żylińska z ruchu „Budzących się szkół”, w powyższym wywodzie zobaczy skrajny konserwatyzm pedagogiczny, kojarzący się z nieciekawą, nieefektywną nauką szkolną, która nie niesie radości, obciąża uczniów ponad siły, powodując ich ogólne zniechęcenie. Nie inaczej odczytał ten wywiad Wojtek Gawlik, który napisał polemikę, zamieszczoną następnie przez redakcję na portalu „Wysokie Obcasy” (ZOBACZ TUTAJ). Najkrócej mówiąc, określił w niej poglądy szefa Evidence Institute jako poruszające i porażające, a już szczególnie myśl, że uczniowie powinni uczyć się krok po kroku, wg planu ustalonego przez nauczyciela. Nazwał to odebraniem im wszelkiego poczucia sprawczości. Nade wszystko zaś zanegował stawianie wiedzy na piedestale, twierdząc, że jest ona „najbardziej ulotnym elementem tego, co składa się na tzw. kompetencje”.

Na poparcie swoich tez Wojtek Gawlik przytoczył cały szereg danych, z których wynika, że Polska znajduje się w ogonie rankingu OECD krajów pod względem przygotowania do czwartej rewolucji technologicznej. Wskazał też kilka innych klasyfikacji, bezpośrednio lub pośrednio odzwierciedlających poziom edukacji, w których nasz kraj również lokuje się na bardzo odległych pozycjach. Za przyczynę tego stanu rzeczy uznał skupienie na wtłaczaniu do uczniowskich głów megabajtów zbędnych informacji. Czyli, zdaniem Gawlika, tak broniona przez szefa Evidence Institute „pruska szkoła” jest w istocie kulą u nogi, skutkującą edukacyjnym zacofaniem naszego kraju.

***

Drugą rundę rozpoczął Maciej Jakubowski wraz z wiceprezesem Fundacji Evidence Institute Tomaszem Gajderowiczem, ponownie na łamach wyborcza.pl (artykuł tam opublikowany zawiera wybrane myśli ze znacznie bardziej obszernej wypowiedzi, zamieszczonej później na profilu fejsbukowym Fundacji - ZOBACZ TUTAJ). Adresatem polemiki jest nie tylko Wojtek Gawlik, ale najwyraźniej także szerokie grono entuzjastów zaangażowanych w zwalczanie „pruskiej szkoły”. Do nich autorzy kierują przesłanie: „Zmieniajmy edukację w oparciu o badania, a nie intuicje, opinie i mody!”.

Polemiści stanowczo przeciwstawiają się niedocenianiu znaczenia wiedzy w nowoczesnym kształceniu, oraz przeciwstawianiu jej, jako „bezużytecznej”, mglistemu pojęciu kompetencji. Podają za przykład profesję inżyniera, który budując most musi przede wszystkim dobrze znać tajniki jego konstrukcji oraz posiadać gruntowną wiedzę w zakresie budownictwa, a nie tylko chęć szczerą i umiejętność szukania informacji w internecie. Do tego ostatniego zresztą, ich zdaniem, także niezbędna jest rzetelna wiedza, bo tylko ona pozwala krytycznie spojrzeć na wyniki wyszukiwania.

Jakubowski i Gajderowicz wskazują, że opublikowana w "Wysokich Obcasach" wypowiedź Wojtka Gawlika „obnaża fundamentalny problem dyskusji o oświacie – obstawania przy własnej doktrynie opartej o intuicje i opinie. Rzadko w tej dyskusji można znaleźć odwołania do przeglądów badań empirycznych dotyczących metod nauczania, a jeśli już, to robi się to wyrywkowo – przywołując pojedyncze badania a nie ich metaanalizy i opierając się na studiach przypadku zamiast badań eksperymentalnych z grupą kontrolną”. Sami w swoim artykule wskazują liczne źródła informacji na temat badań prowadzonych w ostatnim dwudziestoleciu, które ich zdaniem jednoznacznie świadczą, że tradycyjny model nauczania ma wiele zalet i znajduje swoje potwierdzenie w najnowszych osiągnięciach nauki.

Całość okraszona jest wzmiankami o „mówcach motywacyjnych i youtuberach modnego coachingu”, czy też "kreatywnych wizonerach po lekturze Wikipedii", co pokazuje stopień zaangażowania emocjonalnego autorów. Ostateczny zaś sztych wymierzony w adwersarza, dostępny tylko w tekście na fejsbuku, stanowi bardzo obszerna jak na publicystykę bibliografia opracowań naukowych, które wcześniej w różnym kontekście przywoływane są w tekście.

Na merytoryczną odpowiedź Wojtka Gawlika czekamy. Chwilowo ograniczył się do komentarza ad hoc na profilu fejsbukowym Edu-klaster, zapowiadając oparcie swojej kolejnej wypowiedzi również na świadectwach badań naukowych. Tymczasem Karolina Słowik umieściła na portalu wyborcza.pl autorskie podsumowanie aktualnego stanu tej dyskusji ("Szukam stadniny dla konia trojańskiego". Debata o polskiej szkole w cieniu pandemii ZOBACZ TUTAJ), starając się bezstronnie zebrać najważniejsze poglądy każdej ze stron. Daje to nadzieję na merytoryczny ciąg dalszy na tych poczytnych łamach.

***

W tym miejscu przyszła pora wyznać, dlaczego w sposób szczególny zainteresowałem się zaprezentowaną tutaj polemiką. Tak się bowiem składa, że sam zawodowo stoję obecnie na rozdrożu. Po trzydziestu latach prowadzenia szkoły, po z górą dwudziestu od reformy Handtke’go, która, moim zdaniem, po raz ostatni popchnęła polską edukację do przodu, a nigdy nie doczekała się rzetelnego rozliczenia, i po pięciu latach destrukcji zapoczątkowanej przez Annę Zalewską, dostrzegam ogromną potrzebę zmiany, szczególnie w starszych klasach szkoły podstawowej. Mam naprawdę dobry zespół nauczycieli, a jednak widzę wyraźnie, że uczymy coraz bardziej drobiazgowo, cały czas w świadomości, że zwieńczeniem wszelakiego stworzenia jest wynik końcowego egzaminu. To samo udziela się uczniom i ich rodzicom i choć, póki co, udaje nam się zachować w szkole dobrą atmosferę, to z pewnością nie jest to stan, jakim chciałbym zarządzać do emerytury. Na zmiany na poziomie systemowym nie ma co liczyć, trzeba więc radzić sobie samemu. Od pewnego czasu rozważam zatem, jak zorganizować naukę, począwszy od czwartej klasy, by była ona lepsza, ciekawsza, bardziej satysfakcjonująca – dla wszystkich. Dyskusja Gawlik-Jakubowski stanowi doskonały przyczynek do tych przemyśleń. Zapiszę je tutaj nie tylko na użytek własny i stałych czytelników „Wokół szkoły”, ale również z myślą o współpracownikach i rodzicach uczniów obecnych klas trzecich w STO na Bemowie.

Polemiści prezentują w dyskusji dwa poglądy, które uważam za skrajne. Pan Jakubowski zdaje się przekonywać, że w panującym obecnie szaleństwie szczegółowej podstawy programowej, którą nauczyciele mają przekładać na codzienny przyrost wiedzy u uczniów, jest metoda. Że podający styl nauczania jest efektywny i prowadzi do uzyskania przez młodych ludzi rozległej wiedzy. Na drugim biegunie lokuje się Wojtek Gawlik, który znaczenie obszernej wiedzy podważa, a klucz do dobrej edukacji upatruje w pozostawieniu uczniom i nauczycielom swobody oraz uczynienie ze szkoły miejsca radosnej współpracy. I choć obaj chwilami starają się złagodzić stanowczość tych poglądów, najwyraźniej rozciąga się pomiędzy nimi przepaść.

Owa polemika wydała mi się zrazu konfliktem pomiędzy „czucie i wiara” a „mędrca szkiełko i oko”. Kuszące jest w pierwszej chwili, by uznać, że Wojtek Gawlik jest entuzjastą-amatorem, który swoje z pewnością udane, ale jednostkowe doświadczenia usiłuje przeciwstawić wiedzy popartej autorytetem nauki. Ale to fałszywa alternatywa.

Sam nie posiadam nawet promila wiedzy naukowej pana Jakubowskiego, a nauczycielski entuzjazm Wojtka Gawlika należy do odległych w czasie wspomnień mojej młodości. Dysponuję jednak czymś, czego nie ma żaden z panów, a mianowicie wieloletnim doświadczeniem praktycznego wprowadzania w szkole pomysłów własnych i systemowych, oraz możliwością obserwacji ich efektów na wielotysięcznej już próbie i na przestrzeni co najmniej dwudziestu lat. To doświadczenie podpowiada mi, że rozwiązanie problemu znajduje się gdzieś w przestrzeni, która rozdziela poglądy obu polemistów.

Przedmiotem dociekań Macieja Jakubowskiego są efekty nauczania mierzone w skali całych systemów, a w tym kontekście polityka edukacyjna. Poświęcił się pomiarowi dydaktycznego i powiązanym z nimi statystykom, stosując to narzędzie do oceny poziomu efektywności edukacji w ogóle. Nic dziwnego tedy, że traktuje wiedzę jako fundament wykształcenia – bo tylko wiedza (i jej przyrost) daje się w miarę obiektywnie mierzyć za pomocą testów i stosować do wyciągania różnych wniosków.

Moje doświadczenie nie sięga tak wysokiego poziomu ogólności. Pracując na co dzień w szkole widzę postępujące zafiksowanie uczniów, nauczycieli i rodziców na egzaminacyjnych punkcikach. Widzę bezsens ćwiczenia umiejętności rozwiązywania testów, która stała się celem samym w sobie. Ba, w swoim czasie, w ramach przygotowania do egzaminu gimnazjalisty, sam wykuwałem w pamięci uczniów 10 (słownie: dziesięć) równań reakcji, spośród których niechybnie kilka znajdowało się w każdym teście. Czyniłem to z pragmatyzmu, a nie przekonania, że w ten sposób buduję ich wiedzę chemiczną.

Moje doświadczenia wskazują, że nie ma znaczącej korelacji pomiędzy wynikiem egzaminu szóstoklasisty i gimnazjalisty, a późniejszym powodzeniem życiowym ucznia. Nie ma powodu, by w przypadku egzaminu po klasie ósmej było inaczej. Źródła przyszłego sukcesu i poczucia dobrostanu zdają się tkwić raczej w cechach osobowości – otwartości na ludzi, radości życia i pozytywnym myśleniu, a te można kształtować w szkole jedynie jeśli wykracza się myślą poza perspektywę egzaminu.

Wojtek Gawlik reprezentuje spojrzenie nauczyciela, który jako pedagog nie operuje danymi statystycznymi, ale patrzy na każde dziecko z osobna z troską i uwagą. Nie zdążył nasiąknąć w szkole przekonaniem, że tylko wyniki: indywidualny ucznia i rankingowy placówki mają znaczenie. Że program nauczania jest świętością, którą należy zrealizować. Głęboko wierzy i stara się udowodnić w swojej praktyce, że radość uczenia się czyni cuda w zakresie efektywności. A źródło radości upatruje w swobodzie ucznia i podążaniu przez nauczyciela za jego zainteresowaniami.

Również w tym przypadku doświadczenie podpowiada mi, że to podejście ma istotne wady. Przede wszystkim może być dobre w przypadku nauczyciela – artysty w swoim zawodzie, obdarzonego ponadprzeciętną umiejętnością obserwacji, empatią i poczuciem autonomii. To również ciekawa propozycja dla takich, którzy chcieliby i potrafili doskonalić w tym kierunku. Nie wiem, czy jest to 10 procent adeptów tego zawodu, czy może 30, ale na pewno tylko jakaś część. A co z resztą? Ponadto Wojtek Gawlik zdaje się wierzyć, że jego strategia może służyć wszystkim uczniom. Moje doświadczenia podpowiadają, że nie. Niektórzy wymagają precyzyjnie celowanej pomocy – jeśli nie chcemy zostawić ich samym sobie. Lata obserwacji utwierdziły mnie również w przekonaniu, że dzieci, szczególnie młodsze, potrzebują nie tylko swobody, ale także pewnego porządku w swoim życiu. To wszystko powoduje, że absolutnie nie mogę wyobrazić sobie takiej zmiany na szeroką skalę – byłaby to w szkole rewolucja, a ta, jak wiadomo, lubi pożerać własne dzieci.

Ma swoją rację Wojtek Gawlik, ma również Maciej Jakubowski. A doskonałą ilustrację tego stanowi wypowiedź „Okiem eksperta”, której lata temu udzieliła, bodaj „Wysokim Obcasom”, zmarła niedawno pedagog, prof. Alicja Siemak-Tylikowska. Nawiasem mówiąc osoba, która egzaminując mnie – praktykującego już nauczyciela – z przedmiotu dydaktyka, zachęciła, żebym nie wahał się krytykować poglądów zawartych w zaleconych przez nią mądrych książkach, jeśli potrafię przeciwstawić im swoje doświadczenia. Otóż w części swojej wypowiedzi Pani Profesor dostarczyła argumentu panu Jakubowskiemu. Stwierdziła: „Żeby myśleć, trzeba mieć o czym myśleć”, ilustrując to smakowitym przykładem:

Na egzaminach wstępnych jedna z kandydatek na studia miała wyjaśnić słowo dekadentyzm. Popatrzyła i mówi: dekadentyzm, to jak ktoś ma dziesięć zębów. Myślenie błyskawiczne, kojarzenie idealne, ale wiedza, niestety, zerowa. Przykład na to, że myślimy świetnie, ale nie mamy o czym myśleć. Nie da się być twórczym, jeśli się nie ma wiedzy. My nie wiemy, nikt tego nie wie, gdzie jest granica wiedzy, minimum wiedzy. Nie wiem, czy informacja, że bitwa pod Grunwaldem była w roku 1410 jest potrzebna czy nie.

W tym samym miejscu jednak wsparła również pogląd, które reprezentuje Wojtek Gawlik (podkreślenia JP):

Kiedyś przeprowadziliśmy badania w szóstej klasie szkoły podstawowej. Poprosiliśmy uczniów m.in. o to, żeby napisali, czy idąc do szkoły mają przekonanie, że są przygotowani do zajęć. Mieli też zaznaczyć, jak dużo się uczą. I co się okazało? Bez względu na to, ile czasu poświęcili wcześniej na naukę, odpowiedzi były zawsze jednoznaczne - NIE. Wszyscy bali się, że nie są dobrze przygotowaniŚwiadczy to o tym, że wiadomości do przyswojenia wciąż jest tak dużo, że uczeń nie wierzy, że opanował materiał.

I jeszcze jedna, ostatnia już refleksja. Otóż przykład budowniczego mostów, podany przez pana Jakubowskiego, uważam za chybiony. Ani Wojtek Gawlik, ani chyba nikt inny nie neguje, że umiejętności zawodowe powinny być poparte gruntownym wykształceniem. Dlatego architektów i konstruktorów kształcą wyższe uczelnie techniczne, przyjmując do grona studentów osoby legitymujące się niezbędną wiedzą podstawową i oferując im program nauki ukierunkowany na spełnienie końcowych wymagań. To zupełnie co innego, niż kształcenie na poziomie szkoły podstawowej, obowiązkowej dla wszystkich! Wtłaczanie dzieci do codziennego kieratu mozolnej nauki, w oparciu o ściągnięte z Księżyca podstawy programowe, nie buduje bazy wiedzy dla przyszłych inżynierów, ale raczej mnoży szeregi klientów zakładów opieki psychiatrycznej. Wzrost liczby tych ostatnich dał się zresztą wyraźnie zauważyć już przed pandemią, która to zjawisko tylko pogłębiła.

***

Takie są moje refleksje na kanwie poglądów prezentowanych w dyskusji pomiędzy Maciejem Jakubowskim i Wojtkiem Gawlikiem. A co z nich wynika w kontekście projektowanego programu dla klasy czwartej? Zbyt wcześnie jeszcze, by mówić o szczegółach, które wymagają wypracowania w szerszym gronie nauczycieli, ale kilka wniosków nasuwa mi się od razu.

Po pierwsze, w starszych klasach szkoły podstawowej powinno być miejsce zarówno na systematyczne zdobywanie wiedzy, jak radosną twórczość wspólnie z koleżankami, kolegami i… nauczycielami.

Po drugie, do kształcenia w sposób planowy i uporządkowany w sposób szczególny predestynowane wydają mi się języki. Konkretnie: język polski, język obcy oraz język… matematyki. Uważam, że nabywanie kompetencji językowych nie może odbywać się w sposób bezładny, a musi bazować także na mozolnych, dość przecyzyjnie uszeregowanych ćwiczeniach. Dobra znajomość owych trzech języków daje solidną podstawę do przyszłego kształcenia zawodowego oraz (niech będzie…!) perspektywę spokojnego zmierzenia się z egzaminem ósmoklasisty.

Po trzecie wreszcie, wszystkie inne dziedziny kształcenia doskonale nadają się do realizacji w postaci mniej lub bardziej interdyscyplinarnych działań, wciągających uczniów do współpracy, rozbudzających zainteresowania i dających szeroką, choć na tym etapie nie jakoś specjalnie uporządkowaną wiedzę. Weźmy za przykład wodę. Można uczyć o niej oddzielnie na lekcjach chemii (budowa cząsteczki, właściwości chemiczne), fizyki (właściwości fizyczne, stany skupienia), biologii (rola w organizmie, środowisko życia) i geografii (zbiorniki wodne, wpływ na klimat). Można też przygotować fascynujący blok zajęć na jej temat już w czwartej lub piątej klasie, wciągając do tego również historię (choćby Wielkie Odkrycia Geograficzne), plastykę, technikę, muzykę, a nawet WF, jeśli zajmiemy się poznaniem sportów wodnych. W bonusie „odczarujemy” trochę trudny i onieśmielający uczniów program szkolnej fizyki i chemii w klasach 7-8, bo z pewnymi pojęciami i doświadczeniami oswoją się już wcześniej.

To tyle tytułem uchylenia rąbka tajemnicy na dowód, że śledzenie medialnej polemiki może pomóc w uporządkowaniu własnego poglądu na zmianę w edukacji.

 

Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się w blogu autora.

 

Jesteśmy na facebooku

fb
Edunews.pl oferuje cotygodniowy, bezpłatny (zawsze) serwis wiadomości ze świata edukacji. Zapisz się:
captcha 
I agree with the Regulamin

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie