Uczeń jako przedmiot czy podmiot procesu dydaktycznego

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Pomysłów na wprowadzenie zmian w edukacji jest wiele, jak też wiadomo wiele dróg prowadzi do Rzymu. Próbując je sklasyfikować można wyróżnić dwa najczęściej spotykane modele edukacyjne, w zależności od tego, gdzie w szkole jest miejsce ucznia.fot. Fotolia.com

Uczeń jako przedmiot nauczania

Model pierwszy to szkoła transmisyjna, jaką znamy od stuleci. Jego podstawą jest przekonanie, że wiedzę można komuś przekazać, a uczniów można w coś wyposażyć. Aby nauczanie było efektywne, musi być dobrze zorganizowane, tzn. nauczyciel musi zaplanować lekcję, precyzyjnie określić aktywności uczniów i cele nauczania, a na koniec powinen sprawdzić stopień ich realizacji. Model ten można sprowadzić do dwóch słów: planowanie i kontrola. Kiedyś owa kontrola miała bardzo negatywny wydźwięk i wiązała się z karami, w nowoczesnym wydaniu model szkoły transmisyjnej wygląda dużo przyjaźniej. Kontrola efektów nauczania ma często charakter informacji zwrotnej, a uwagę uczniów próbuje się w przyjazny sposób skierować na wyznaczone cele.

Niezależnie od tego, czy mówimy o starszym, czy o bardziej nowoczesnym wariancie, cechą charakterystyczną tego modelu jest traktowanie uczniów jako przedmiotów nauczania, którzy w bardziej lub mniej przyjazny sposób mają realizować narzucone z zewnątrz cele. Już od czasów pruskich cele nauczania określają eksperci, a zadaniem nauczycieli jest sprawienie, by znalazły się w głowach uczniów. Dzisiejsi zwolennicy modelu szkoły transmisyjnej starają się uczynić naukę możliwie przyjemną, odchodzą od kar, a nawet ocen, propagują opisowe oceny i wdrażanie nowych technologii. Na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że to już inna, nowoczesna edukacja. Problem w tym, że owa budowla wciąż stoi na starym fundamencie szkoły transmisyjnej. To eksperci wyznaczają cele, nauczyciele je precyzują i operacjonalizują do takiej formy, która da się sprawdzić po każdej lekcji, planują aktywności uczniów i na koniec sprawdzają stopień realizacji. Cele nauczania nie są celami uczniów, ich zainteresowania i fascynacje nie mają wpływu na to, co dzieje się na lekcji. Co gorsza, gdy się pojawiają, często odbierane są jako zakłócenie przebiegu lekcji, bo uniemożliwiają osiągnięcia zaplanowanych przed lekcją celów.

W modelu szkoły transmisyjnej wszystkim uczniom wyznacza się takie same cele i zadania, które należy wykonać w tym samym czasie. W obecnym wydaniu model ten skupia się na formułowaniu jak najbardziej konkretnych i mierzalnych celów, tracąc z oczu te wymagające dłuższego horyzontu. Niezmienną cechą modelu szkoły transmisyjnej jest skupianie się na procesie nauczania i pomijanie procesu uczenia się. Zakłada się, że jeśli nauczanie zostało dobrze zorganizowane, to uczniowie będą się efektywnie uczyć. Logiczne jest, że w modelu szkoły transmisyjnej mówi się o uczniu, a nie o uczniach, bo przyjmuje się, że wszyscy powinni robić to samo. Głównym wyznacznikiem jest tu pomiar dydaktyczny, który w starej wersji przyjmuje postać testów, a w tej nowocześniejszej bardziej przyjazną formę informacji zwrotnej. Oznacza to, że nauczyciel po każdej lekcji informuje uczniów, w jakim stopniu zrealizowali zewnętrzne cele nauczania.

Uczeń jako podmiot nauczania

Ten model oparty został na zupełnie innym fundamencie. Główna różnica polega na tym, że uczniów traktuje się podmiotowo, a to oznacza, że mają oni wpływ na to, co dzieje się na lekcjach. W pierwszym modelu proces uczenia się rozumiany był jako realizowanie zewnętrznych celów, transmisja określonej przez ekspertów wiedzy z zewnątrz do uczniowskich mózgów, w drugim przyjmuje się, że każdy człowiek ma swój wewnętrzny program rozwoju. Osiągnięcie stanu zadowolenia a nawet szczęścia zależy od tego, czy możemy go realizować. Dlatego w procesie dydaktycznym uwzględnia się podmiotowość uczących się jednostek. Nie oznacza to rezygnacji z planowania lekcji, ale zupełnie inne traktowanie celów. Konkretne i dające się zmierzyć cele pojedynczych lekcji zastąpione zostają przez bardziej elastyczne i ogólne cele strategiczne, których realizacja może zabrać nawet kilka lat. Badacze mózgu podkreślają, że rozwój często nie przebiega linearnie, ale dokonuje się skowowo. Oznacza to, że u niektórych dzieci przez jakiś czas nie obserwuje się postępów, co nie oznacza, że w ich mózgach nie zachodzą pożądane zmiany.

Zdaniem neurobiologa Geralda Hüthera formułowanie szczegółowych celów dla każdej lekcji i ciągłe sprawdzanie stopnia ich realizacji jest dla wielu dzieci poważnym obciążeniem. Naukę zaczynają postrzegać jako sformalizowany proces, w którym nie ma miejsca na spontaniczność, kreatywność i radość. Szybko orientują się, że ich zadaniem jest realizacja narzuconych a nie ich własnych celów.
Formułując ogólne i elastyczne cele nauczania, nauczyciele umożliwiają uczniom przyjęcie bardziej aktywnej postawy i wpływanie na to, co dzieje się na lekcjach. Poznając nowe zagadnienia każdy może podążyć w nieco inną stronę, a nauczyciel, nie musi się obawiać, że indywidualizacja nauczania uniemożliwi osiągnięcie zaplanowanych wcześniej celów. Dzięki ogólnym i elastycznym celom na lekcjach jest miejsce na spontaniczność, kreatywność i radość działania. Uczniowie, którzy nie są jedynie wykonawcami cudzych celów, ale pełnoprawnymi podmiotami procesu dydaktycznego, łatwiej identyfikują się ze szkołą. Dzieje się tak dlatego, że mogą robić to, co im samym wydaje się ważne, potrzebne czy fascynujące.

Prawdziwe zmiana edukacji wymaga odejścia od myślenia, że to my wyznaczymy uczniom cele, zadbamy o ich realizację, powiemy im, na co mają skierować uwagę, a potem w możliwie przyjaznej formie sprawdzimy, na ile zrealizowali nasze cele. W nowej kulturze edukacyjnej w centrum znajdują się uczniowie i proces uczenia się, a nie ciągłe ulepszanie procesu nauczania i ewaluacji. Ciągłe ulepszanie szkoły transmisyjnej pokazuje, jak trudno nam odejść od tego modelu i stworzyć nowy, oparty na zrozumieniu, że nasze mózgi są autonomicznymi tworami. Selekcjonując informacje zawsze kierują się własnymi, a nie cudzymi kryteriami. Nadmierne skupianie się na na planowaniu lekcji i na ewaluacji odwraca uwagę od tego, co najważniejsze, czyli od procesu uczenia się.

Informacja dla osób zainteresowanych moją ostatnią książką „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”. Książkę można kupić również m. in. w księgarni Kopernikańska.pl.

Notka o autorce: Marzena Żylińska jest wykładowcą metodyki w Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych w Toruniu i w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu. Zajmuje się też wykorzystaniem nowych technologii w nauczaniu. Prowadzi seminaria dla nauczycieli, współorganizuje europejski projekt "Zmieniająca się szkoła". Autorka książki "Postkomunikatywna dydaktyka języków obcych w dobie technologii informacyjnych" i "Neurodydaktyka, czyli nauczanie przyjazne mózgowi". Prowadzi swój blog w partnerskiej dla Edunews.pl platformie blogowej Oś Świata pod adresem http://osswiata.pl/zylinska/. Artykuł jest przedrukiem wpisu zamieszczonego w Osi Świata.

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie