Reformowanie oświaty jakby na opak

Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Widziałem wiele tzw. zmian w systemie oświaty, które się nie powiodły lub były kompletnie chybione. Większość z nich nie była robiona na przyszłe dekady, tylko na czterolatki politycznej kadencji, często pod wpływem bieżących politycznych sondaży. Myślę, że żadna poważna reforma edukacji nie powiedzie się, jeśli polityczni „entuzjaści zmian” w szkołach nie rozpoczną od zadania pytań dyrektorom i nauczycielom. Na przykład: Jak możemy Wam pomóc lepiej / skuteczniej uczyć? Jakiego wsparcia potrzebujecie od państwa i społeczeństwa? Co należy według Was zmienić w szkołach w pierwszej kolejności? To mógłby być punkt wyjścia do kolejnych rozmów i (wcale nie krótkich) o tzw. narodowej edukacji. Być może prowadzący do wypracowania jakiejś koncepcji, która mogłaby uzyskać szerokie poparcie społeczne i polityczne.

Reformowanie oświaty w Polsce jest postawione na głowie. Od czego by tu zacząć? Zacznijmy może od pieniędzy…

Edukacja narodowa jako koszt

Koszty oświaty ciągle rosną - samorządowi brakuje ponad… (popularne zdanie znalezione w sieci). Przeważnie patrzymy na szkolnictwo przez pryzmat finansów publicznych. Niby dobrze (że dbamy, aby każda złotówka była sensownie wydana), ale nie do końca – przecież w tym samym systemie rozchodzą się miliardy wydawane raczej bez większego sensu, np. na zakup technologii (ach te drukarki 3D…), których szkoły często już nie potrzebują (a często nie mogą zakupić tego, czego potrzebują – bo urzędnik tego nie wymyślił), albo nie mogą efektywnie wykorzystać, bo Internet za słaby (zob. Manna z nieba). 

Jak tylko jednak pojawią się głosy, że akurat trzeba wydać pieniądze na coś potrzebnego, niezbędnego dla poprawy funkcjonowania oświaty, zaraz narodowy księgowy ucina wszelkie zapędy mówiąc, że nie da się, nie ma kasy, nie wolno, bo deficyt, bo Unia Europejska, bo Prezydent, bo… za duże koszty!

Tak, dla ludzi, którzy nami rządzą (tak centralnie, jak i lokalnie – bo podobny księgowy, choć niższego „levela”, działa też w gminach i powiatach) – edukacja jest wyłącznie kosztem. Nie inwestycją narodową, nie innowacją, nie kształceniem dla przyszłości, nie polem międzynarodowej konkurencji, itp. Jedynie kosztem, pozycją z wieloma zerami w arkuszu.

To się jednak szybko zmienia, gdy potrzeba poprawić polityczne słupki poparcia. Od czasu wejścia do Unii Europejskiej przez MEN przepłynęły i nadal płyną strumienie Euro na różne inwestycje w oświatę. Pokaźna część ich została zutylizowana na różne nietrafione projekty, które nic wartościowego do szkół nie wniosły. Oraz na zakupy technologii dla szkół, które nie mają szansy na bycie realnie, efektywnie i konstruktywnie dla procesu nauczania wykorzystane. W wielu przypadkach w ogóle nie pytano o potrzeby – trzeba było po prostu wydać środki w odpowiednim czasie.

Tu można na przykład wspomnieć raport NIK poświęcony Szkolnym Laboratoriom Przyszłości[1]Bez pytania szkół o ich potrzeby, bez sprawdzenia dostępności urządzeń i sprzętów z centralnie narzuconego katalogu oraz bez zakrojonych na szeroką skalę szkoleń dla nauczycieli ówczesne Ministerstwo Edukacji i Nauki wydało ponad 1 mld zł na program „Laboratoria Przyszłości”. NIK sprawdzała, jak zaplanowano i jak wykorzystano w ciągu dwóch lat (od września 2021 r. do listopada 2023 r.) największe w historii wsparcie finansowe dla szkół podstawowych. Kontrola pokazała, że program został przygotowany nierzetelnie, a w trakcie jego realizacji doszło do nieprawidłowości. Minister edukacji nie monitorował i nie oceniał rezultatów programu, nie wiadomo więc w jakim stopniu zostały osiągnięte jego cele, czyli rozwój umiejętności uczniów i kompetencji nauczycieli. Raczej nie należy wierzyć, że w przyszłości podobne inicjatywy nie zakończą się podobną wpadką, bo planowanie i myślenie o takich programach nie jest mocną stroną ministerstwa.

W debacie publicznej dominuje narracja o wysokich kosztach edukacji. Skupiona jest ona przede wszystkim na problemach, brakach i niedostosowaniu systemu. Edukacja w tym ujęciu traktowana jest jako wydatek budżetowy, który należy optymalizować. A gdyby tak poszukać w słowniku innego słowa jako synonimu „edukacji”? W miejsce rzeczownika „koszt” wpisać „inwestycję”. Wówczas teza brzmiałaby: „edukacja to inwestycja”. - Bogusława Łuka, Fundacja Uniwersytet Dzieci[2]

Aaaaby wydać, czyli z jednej do drugiej kieszeni

System finansowania oświaty bywa też na bakier z zasadą konkurencji, czyli wyboru najlepszych możliwych rozwiązań dla oświaty przy sensownej cenie. Wiele z funduszy nadal rozpływa się w samych instytucjach rządowych lub podległych rządowi. Żeby unikać organizacji konkursów i przetargów (bo to jak wiadomo dużo czasu zajmuje), środki są transferowane z MEN do podległych ministerstwu i zależnych od MEN jednostek - na najróżniejsze projekty. Tam już inni urzędnicy tychże instytucji dbają o to, aby skrupulatnie wydać każdą złotówkę, których często jest nadmiar i trzeba wymyślać nowe sposoby na-co-by-tu-wydać. Taka edukacyjna kreatywna księgowość – oczywiście trzeba to szybko zrobić, bo terminy budżetowe gonią. 

Na przykład – mało mamy badań edukacyjnych w Polsce? Proszę bardzo – strumień śmiga do IBE i tam już badania i analizy powstają taśmowo. Łatwo, szybko i przyjemnie. Nawet nazwę instytucji zmieniamy na „instytut naukowy”, aby nikt się formalnie nie czepiał. Gdyby ten sam strumień przechodził przez instytucje, które faktycznie zajmują się badaniami w edukacji – na przykład uczelnie wyższe – tak łatwo, szybko i przyjemnie by przecież nie było. Jeszcze naukowcy uczelniani nie doszliby do pożądanych wniosków miłych ministerstwu i co wtedy? Strach myśleć nad konsekwencjami dla miłościwie nam panującego aktualnie ministra/try…

Efektywność takich inwestycji w oświatę jest przeważnie słaba, transparentność istniejącego rozwiązania – mizerna (to poniekąd też podkreślano we wspomnianym raporcie NIK), zakres badań i analiz dopasowany wyłącznie do koncepcji i poglądów osób kierujących IBE, jakość tworzonych badań i analiz – raczej przeciętna. Jakby historycznie przejrzeć np. publikacje sfinansowane z takich systemowych pieniędzy – okaże się, że jest wśród nich całkiem sporo opasłych tomów, które nadają się na zapełnianie półek, ale w praktyce szkolnej przydatnością raczej nie grzeszą (dużo stron, bo dużo pieniędzy do wydania). Najgorsze w tym jest to, że każda ekipa polityczna w MEN w minionych 20 latach mocno korzystała na takim mechanizmie – dość swobodnie kierując środki do zaufanych instytucji podległych. Na pewno skorzystało na tym pewne wąskie mimo wszystko grono ekspertów zaproszonych do współpracy. Ale raczej nie korzystała na tym i nie korzysta edukacja narodowa.

Paradoksalnie ten system ma podwójny mankament. Bo jeśli akurat coś sensownego udało się zrealizować i wydać, środki się pokończyły, ekipy się zmieniły, a projekty i produkty odłożono do szafy... Jest „parę” dobrych projektów, które tam zostały pochowane. Co jakiś czas któraś kolejna ekipa w MEN wpada na pomysł, że zrobi coś świetnego, nie mając tej świadomości, że w szafach instytucji oświatowych spoczywają już podobne, wypracowane wcześniej rozwiązania, na które już wydano grube miliony. Jak wiadomo Polska to bardzo bogaty kraj i nikt nam przecież nie zabroni tyle wydawać na oświatę!

Na początku – lepiej podpytać nauczycieli

Od stawiania pytań powinniśmy zaczynać dyskusję o poważniejszych zmianach w systemie edukacji, zwłaszcza jeśli dotyczą samego obszaru kształcenia. Jeśli rzeczywiście uważamy, że autonomia nauczyciela w klasie jest istotna lub kluczowa, a nauczyciele w szkołach są naszymi ekspertami od uczenia się – do nich należałoby kierować zaproszenie do współtworzenia zmian w edukacji w pierwszej kolejności. Na marginesie - to, że w szkołach uczą też zapewne osoby, które nie powinny tego robić – nie stoi w sprzeczności z tym założeniem eksperckości. W każdej innej profesji też to się zdarza.

Tymczasem tę autonomię nauczyciela MEN traktuje po macoszemu. Niby jest i podkreśla się, jak jest ważna, ale tak naprawdę, to ona jest ważna tylko wtedy, gdy realizuje się w kierunku zbieżnym z działaniem ministerstwa lub organu prowadzącego. Wyobraźmy sobie, że w rozumieniu naszych władz oświatowych autonomia nauczyciela jest to taki „autonomiczny” wagon kolejowy, który może jechać tylko w przód i tył. Tylko tam, gdzie zaprowadzą go tory ułożone przez urzędnika. W innych kierunkach – przemieszczanie nie jest dopuszczalne, a wręcz może spotkać się z „potępieniem”. Ewentualnie można jeszcze do tyłu, ale wówczas – od razu wiadomo, że taki nauczyciel to wróg publiczny światłych oświatowych reformatorów… 

Wszystko, co robi MEN i IBE powinno w pierwszym miejscu pomóc nauczycielom. Nauczyciel musi poczuć korzyść dla siebie z każdego działania ministragłos z sali podczas VI Szczytu SOS dla Edukacji (grudzień 2025)

Nie pytamy także o to, co już wiemy i potrafimy (nauczyciele w Polsce naprawdę znają się na swoim fachu i stosują różne metody – także oparte na badaniach i analizach edukacyjnych - od lat). Zadziwia mnie, że dyrektorzy IBE Jakubowski i Gajderowicz tak bezpodstawnie upowszechniają mit, jakoby polska edukacja mitami edukacyjnymi stoi. Nie ma podstaw do takich twierdzeń. Wielu nauczycieli od lat oddolnie wprowadza różnorodne zmiany w nauczaniu, dzięki czemu polskie szkoły mogą pochwalić się stosunkowo mocną pozycją w badaniach PISA (jeśli uznać to za miernik jakości nauczania). Teraz IBE organizuje nowy program (na coś trzeba wydać pieniądze otrzymane z MEN), żeby „wyłowić” te dobre praktyki (chociaż one są w sieci widoczne i ci, którzy chcą coś zmieniać, to z nich korzystają). Ba, od 2013 roku są też INSPIR@CJE (dwa razy do roku), nie wspominając o dziesiątkach innych konferencji i warsztatów, na których te dobre praktyki są promowane. Tysiące (może więcej) nauczycieli w skali kraju ma sukcesy i ma się czym pochwalić – dzielą się swoimi doświadczeniami z innymi. Powinniśmy ich doceniać szerzej niż tylko umieszczając owoce ich pedagogicznej działalności w bazie danych. Dlaczego nie zapraszać ich w pierwszej kolejności do współtworzenia programów zmian w szkolnictwie?

Dla sukcesu społecznego i gospodarczego kraju w długim terminie potrzebna jest pewna symbioza przywództwa politycznego z nauczycielami (jeśli już chcemy podążać za przykładami innych krajów z równie mocną pozycją w PISA – jak Finlandia czy Singapur). I bliska współpraca.

Kraj jest tak dobry, jak jego obywatele, a oni z kolei tak dobrzy, jak ich nauczyciele - Lee Kuan Yew, pierwszy premier Singapuru.

Konsultacje zamiast dialogu

Nauczyciele mają dużo do powiedzenia o tym, jak i czego, w jakiej kolejności, w jakiej proporcji powinniśmy uczyć w szkołach na poszczególnych etapach edukacyjnych. Wiedzą też, jakie są możliwości, zdolności i trudności dzieci, które trafiają do szkół. Sytuacja w szkołach dziś jest inna niż kilkadziesiąt lat temu. Przy podejmowanych próbach zmian trzeba brać na to poprawkę.

Niestety, mam takie wrażenie, że każda kolejna reforma edukacji jest w pewnej mniejszej lub większej kontrze do nauczycieli pracujących w szkołach. Także teraz Kompas Jutra, żeby nie było wątpliwości. W zasadzie nie ma dialogu z nauczycielami (za takowy nie można uznać rozmów ze związkami zawodowymi) – władze za każdym razem proponują powszechne „konsultacje społeczne” (najlepiej online, byleby okazji do kontaktu i rozmowy specjalnie nie było), które w założeniu mają za cel… wykazanie, że proponowana zmiana cieszy się „ogromnym” poparciem nauczycieli (bo tyle i tyle osób wzięło już w nich udział). Nie ma żadnej transparentności tego procesu, a wynik „konsultacji” jest i tak z góry przesądzony. To znaczy, że zasadnicze zmiany w rządowej propozycji przeważnie nie są wprowadzane (nawet jeśli takie propozycje pojawią się w uwagach), a jedynie niewielkie kosmetyczne poprawki. Tak funkcjonował MEN za Anny Zalewskiej i tak samo funkcjonuje dziś duopol MEN & IBE za Barbary Nowackiej. Nic się nie zmienia od lat – to znany socjotechniczny zabieg, który dobrze ujmuje twierdzenie: Jakie pytania zadasz, takie uzyskasz odpowiedzi.

Zamiast dialogu i współpracy ze środowiskiem nauczycieli otrzymujemy zatem fikcję konsultacji, a potem iluzję reformowania. Fakt, w Polsce uprawianie fikcji edukacyjnej ma mocne korzenie wywodzące się jeszcze z PRL. Im więcej narzuconych ad hoc (wg bieżących widzi-mi-się politycznych liderów) zaleceń, rekomendacji czy nakazów „zgodnie z linią partii”, tym większe prawdopodobieństwo, że nauczanie będzie szło pod prąd i omijać różne „rafy” i „mielizny”, które wciskać będą do szkół politycy i ideolodzy partyjni (i para-partyjni typu Ordo Iuris). Ale oczywiście we wszystkich raportach i papierach stanowione będzie, że tak, pełne poparcie dla władz, wszystko wprowadziliśmy. Każdy rząd „kupuje” tę fikcję, bo strach pomyśleć, co by „wybrzmiało” (ulubione słowo ministrów edukacji, zauważyliście?), gdyby ktoś zaczął grzebać w realiach szkolnych i dociekać.

Przeciwwagą (i zarazem pewną strategią przeżycia) dla narzucanych odgórnie nauczycielom reformatorskich pomysłów jest podejście róbmy swoje. Nauczyciele z powodzeniem stosują tą strategię, bo każde inne podejście obarczone jest wysokim ryzykiem szybszego wypalenia zawodowego i schizofrenii – w sytuacji, gdy co kilka lat nowa władza oczekuje od nich zupełnie czegoś innego niż poprzednia, a każda z ekip – natychmiastowych efektów na już, tu i teraz.

Jestem oczywiście świadomym tego, że środowisko nauczycieli nie jest jednolite i może być mocno podzielone (jak nasze społeczeństwo) w poglądach na „pożądane” zmiany w szkole, więc odpowiedzi uzyskane w trybie dialogu ze środowiskiem nauczycielskim mogą być bardzo różne (włączając odpowiedzi kontestujące jakąkolwiek potrzebę zmian). Ale mogłyby stanowić one mocniejszy fundament dla wypracowania zmian niż nawet najlepsza koncepcja ekspercka przyniesiona do MEN w teczce (vide Edukacja bez polityki autorstwa M. Jakubowskiego, T. Gajderowicza i J. Wiśniewskiego).

Wydaje mi się, że autorzy Kompasu Jutra dostrzegli pewne zobojętnienie nauczycieli tematem kolejnej reformy. Szkoda, że tak późno. Przypuszczam, że dla zdecydowanej większości nauczycieli Kompas Jutra jest to zupełnie nieistotne działanie – nauczyciele na co dzień już mają wiele poważnych decyzji i działań w szkole. Jakby ich zapytać (ale tak rzetelnie i bezstronnie) – zapewne powiedzieliby prawdę, co myślą o reformie. Tej i każdej poprzedniej, w której ktoś decydował o zmianach bez rzetelnego rozeznania sytuacji w szkołach.

Jeśli stawiamy na dialog, można pójść krok dalej – zadać także pytania innym interesariuszom edukacji, choćby pracujących na uczelniach pedagogicznych czy w organizacjach pozarządowych. To też jest bardzo potrzebne, jeśli faktycznie zależy nam na dobrej edukacji powszechnej. I budowie zgody narodowej w obszarze edukacji.

Ale przeważnie nie stawiamy. MEN wraz z przyległościami (nie ma znaczenia z której opcji politycznej są ministrowie) od lat nie pyta nauczycieli o zdanie w sprawie żadnej reformy, lub pyta nie wtedy, kiedy trzeba lub pyta nie o to, o co trzeba zapytać. A potem dziwimy się, że:

  • nie ma chętnych do pracy w szkołach;
  • starsi nauczyciele myślą już tylko o emeryturze;
  • nie ma entuzjazmu w szkołach dla kolejnych zmian;
  • nie ma młodych nauczycieli szukających pracy w szkołach, a jeśli nawet są, to zakładają, że nie będą pracować w szkole dłużej niż 5 lat (za: TALIS 2024)…

Dlaczego tak się dzieje? Być może dialog z nauczycielami nie jest w interesie żadnej z partii politycznych. Bo instrumentalne rządzenie – nawet bez sensu, chaotycznie czy oparte na tak bardzo polskim „pospolitym ruszeniu” - przynosi więcej politycznych korzyści ad hoc. Zawsze można błysnąć w social mediach, palnąć coś bezmyślnie na wiecu z wyborcami, pokazać, że jest się dobrym populistą, który troszczy się o Naród. To trochę tłumaczy, dlaczego tak słabo nam idzie z reformowaniem edukacji w Polsce i dlaczego w środowisku oświatowym popadliśmy w swoisty edu-marazm.

Wykładałam przez pięć lat politykę oświatową i mam przekonanie, że niestety, ale u nas robi się reformy na kolanie: przychodzi nowy rząd, stwierdza, że zrobi inaczej niż poprzednicy. Bardzo często te zmiany robione są tak, żeby był jakiś szybki efekt, najlepiej spektakularny, ale w edukacji tak się nie da. - Agnieszka Kopacz, Nauczyciel Roku 2025

Czas skończyć z feudalizmem w edukacji

I jeszcze jedno. Nauczyciele w Polsce są traktowani przez polityków jak urzędnicy państwowi, których zadaniem jest wykonać to, co jaśnie panujący wymyślił. Nie pyskować, nie wymyślać nowego, nie symulować, tylko robić co Pan każe. Feudalizm w państwie polskim mocno trzyma się w oświacie (i szkolnictwie wyższym zresztą też – ale to zupełnie osobny temat). Naprawdę nie dziwią mnie wypowiadane przez obecne kierownictwo MEN i IBE pytania na spotkaniach z dyrektorami jeszcze pod koniec 2025 roku: czy już jesteście gotowi do reformy? Czy już zaczęliście ją robić? Jeszcze nie wiadomo co będzie się działo, ale już dyrektor ma potulnie ukłonić się i zacząć działać. Aby Pan był zadowolon.

W Polsce edukacja narodowa jest częścią polityki państwa, więc politycy do woli korzystają z przyzwolenia, aby wątki oświatowe wplatać w bieżącą walkę polityczną. Bo to dla polityków walka o „rząd dusz”. Jakże romantycznie... I beznadziejnie dla szkolnictwa. Nie liczmy na poważne reformy, dopóki planami reform będą zajmować się politycy.

Ale oczywiście… takie podejście nie jest czymś wyłącznie polskim. Wojny są wygrywane przez nauczycieli – tuż przed 25. rocznicą swojego panowania w Rosji słowa te wypowiedział Putin, w przemówieniu podsumowującym kolejny rok swojej władzy absolutnej[3]. Teza ta mało przebiła się do mediów świata zachodniego, ale dobrze podsumowuje coś co określam feudalizmem w edukacji. Nauczyciel ma być posłusznym wykonawcą poleceń Pana (władzy), ma przede wszystkim kształcić młodych „patriotów”, a wszelkie przejawy nieposłuszeństwa i aktywności niezgodnej z linią Pana, mają być tłumione.

Chyba jednak nie o to nam chodzi w polskiej edukacji?

Zreformujmy mentalność, zanim zabierzemy się za edukację

Sytuacja w oświacie nie jest chyba najlepsza. Nauczyciele są wyczerpani, zmęczeni niekończącym się „politycznym bełkotem” o tym, jak to będzie pięknie w szkołach, gdy wprowadzą do swoich placówek „sztandar nowych zmian”, oczywiście na swoich barkach. Dyrektorzy szkół od dawna podkreślają, że rząd i instytucje państwowe w oświacie mówią pięknie o szansach, korzyściach, wyzwaniach, ale o wszystkim co poza tym zostaje – czyli o związanych z tym ryzykach, niedostatkach i konsekwencjach – nawet się nie zająkną. Nie bójmy się zatem głośno mówić, czego brakuje, lub o czym nie pomyślano.

Przyzwyczailiśmy (a może to politycy nas tak wymanewrowali) zżymać się na nauczycieli za wszystko co złe w polskiej oświacie. Wydaje mi się, że w rzeczywistości reformowanie oświaty powinniśmy zacząć od zreformowania mentalności naszych rodzimych polityków. Skończyć z feudalnym podejściem w oświacie. Finowie jako pierwsi w Europie zrozumieli wagę takiej zmiany – im się udało to już wiele lat temu. Bez zmiany myślenia o edukacji w partiach politycznych, bez wyjęcia edukacji z obszaru sporu politycznego (skoro można z bezpieczeństwem narodowym i zdrowiem, to dlaczego nie z edukacją też miałoby się nie udać?) - zmiany w oświacie nadal będą działy się na opak. Nadal będziemy wydawać miliony złotych na zmiany, które przez kolejne ekipy w MEN będą odwoływane, i finansowane kolejnymi milionami złotych - bezproduktywnie i bezsensownie zutylizowanych pieniędzy publicznych. 

Tak naprawdę wcale nie trzeba wiele, aby to błędne koło niedorobionych reform oświaty zatrzymać. „Syzyfowe prace” to ciekawa powieść, ale niekoniecznie strategia rozwoju dla polskiej edukacji.

Przypisy:

[1] https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/program-laboratoria-przyszlosci.html
[2] https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/2323943,1,czy-inwestycja-w-edukacje-sie-oplaca.read
[3] https://www.universityworldnews.com/post.php?story=20240511135846806

 

Notka o autorze: Marcin Polak jest twórcą i redaktorem naczelnym portalu o nowoczesnej edukacji Edunews.pl (2008-) i organizatorem cyklu konferencji dla nauczycieli INSPIR@CJE (2013-). Zajmuje się zawodowo edukacją od 2002, angażując się w debatę na temat modernizacji i reformy szkolnictwa (zob. np. Dobre zmiany w edukacjiJak będzie zmieniać się edukacja?). Należy do społeczności Superbelfrzy RP.

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

Zapomniała Pani o najważniejszym: WYBIERZ SENSOWNEGO PROWADZĄCEGO. Jeśli szkolenie polega na tym, że...
Jan Soliwoda napisał/a komentarz do Koniec lekcji
Czy faktycznie wszystkie tematy da się przedstawić w formie hardrockowej żeby było 'cool'? Zazwyczaj...
Mam podobne odczucia. Z tą różnicą, że trzymam jeszcze książki akademickie, ale coraz rzadziej do ni...
Tylko, że jak ktoś jest PRZEMĘCZONY tyraniem w szkole i grzebaniem przy zadaniach domowych, to nie m...
Pod końcówka "Jak argumentują autorzy, nadszedł czas na działanie. Zagrożenia, jakie sztuczna inteli...
To jest bardzo błędny układ.Błąd pierwszy - zmusza Pan umęczonego kilkoma miesiącami nauki studenta ...
Ppp napisał/a komentarz do Przyłapywać na robieniu czegoś dobrze
Myślę, że bardziej by się opłacało SKUPIENIE na tym, czego w danym momencie się uczymy - czyli uwagi...
Równość, braterstwo Rok 1978 ówczesny dyrektor szkoły podstawowej w Pieckach zorganizował zbiórkę ha...

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie