Manna z nieba

Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Powiedzieć, że świat biegnie, to nic nie powiedzieć. Prędkość zmian w każdej z dziedzin, nawet takich, które z prędkością nie miały wielkich doświadczeń, przyprawia o zawrót głowy. Dosłownie: to co wiemy dziś rano może zdezaktualizować się w południe, a wieczorem stać się historią. Najważniejszym czynnikiem, który spowodował to przyspieszenie jest rozwój IT, ale „kopa” całemu światu dała dopiero AI. Jest tak szybko, że nie zauważamy już poszczególnych szprych w kręcącym się kole postępu, a wręcz mamy wrażenie, że kręcą się one do tyłu. Znamy to złudzenie optyczne od lat – i raczej nie dajemy się już na nie nabierać. No jasne…

„Slow” w nowożytnej łacinie oznacza wolniej. Jeśli co do jeżdżenia beemkami po miastach jako społeczeństwo jesteśmy zgodni – ma być wolniej! – to już w innych dziedzinach nie jesteśmy tacy jednomyślni. Zarobki powinny rosnąć szybciej! – mówi strona pracowników, jesteśmy za „slow”! odpowiada strona pracodawców. Zwolnijcie! – wołają podatnicy, przyspieszamy! – odpowiadają urzędnicy Ministerstwa Finansów. Ten dualizm „slow-fast” widoczny jest jak na dłoni w polskiej szkole.

Teraz ma być szybciej, bo cyfrowo. Wolno w zasadzie już było: przygotowanie dziennika lekcyjnego i świadectw na koniec roku szkolnego niegdyś zajmowało tydzień – dziś trwa kilka godzin (no chyba, że ma się klasy VIII, numerek druku był informacją tajną, brakuje – innowacja! – drukarki atramentowej czy Internet w szkole bywa: nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie, i nie wiadomo na jak długo zostanie).

O właśnie! Internet! Jeszcze niedawno do utrzymania edukacji w jako takiej kondycji wystarczył prąd elektryczny i żarówki pana Edisona – teraz już niekoniecznie. Cyfrowa edukacja zastyga, bo przy nagłym, chronicznym braku Internetu w szkołach:

1. nie można wyświetlać obrazków na tablicach, telewizorach i monitorach dotykowych – a bez obrazków nasze bombelki dziś już niczego nie pojmą (cywilizacja YouTube i Tik-Tok właśnie zbiera żniwo);

2. dziatki nie potrafią skupić się na tekście pisanym (bo wyobrażenie sobie świata opisanego literami przegrywa z formą ruchomych i udźwiękowionych obrazków, a że mózg pójdzie zawsze łatwiejszą drogą…) co rozwala każdy typ lekcji, gdzie trzeba coś napisać lub przeczytać;

3. nie da się sprawdzić obecności w e-dzienniku, więc stroskani rodzice połączeni więzami rodzicielskimi on-line ze szkołą nie wiedzą, czy dziedziczki i dziedzice ich mentalnych fortun dotarły do przechowalni, czy nie;

4. dyrektorzy nie wiedzą, czy lekcje się w ogóle odbywają, i czy Ciało jest w pracy;

5. urzędnicy oświatowi nie dostają raportów o doskonałej kondycji szkoły, a nauczycieli w szczególności, więc spada im z kretesem poziom samozadowolenia, co powoduje konflikty polityczne;

6. dyrektorzy nie dostają danych do tabelek, przez co wypełnianie tabelek ustaje, co z kolei oznacza, iż są niepotrzebni = frustracja dyrektorów i brak nagród od OP;

7. dodatek motywacyjny traci sens, bo tabelek on-line nie wypełniają również nauczyciele = nic nie robią, czyli nie ma za co ich motywować;

8. księgowa nie naliczy godzin nadliczbowych, a nawet pensum i nie wyśle dyspozycji do banku, żeby wypłatę ciału pedagogicznemu przelać;

9. i-te-pe, i-te-de (przecież sami umiecie wymienić kilka innych, krytycznych sytuacji).

W związku z tym każdy rząd, w celu rozwiązania notorycznych problemów z dostępem do Internetu i sieciami szkolnymi wołającymi o pomstę do nieba, po naradach z największymi korporacjami w branży IT oraz kolejnych transzach środków z Unii Europejskiej dla tychże korporacji rozpoczyna kolejny fenomenalny, pięknie nazwany program (np. „Aktywna Tablica” albo „Laptop dla Ucznia” lub „Laboratoria Przyszłości” czy „Cyfrowy Uczeń”) usprawnienia e-szkoły poprzez dorzucenie do niej setek dodatkowych urządzeń, które muszą korzystać z koślawych łącz. Wszystko w nadziei, iż w końcu ta masa spowoduje cudowną reanimację i przepchnie starodawne przewody, jak zapchane rury kanalizacyjne, powodując ich nagłą drożność. Każdy program kończy się ofkors oszałamiającym sukcesem – porażek w sieci nie znalazłem.

Jednak jak nie idzie to nie idzie. Kreatywne rozumowanie kolejnych przypadkowych partyjnych działaczy na etatach ministrów edukacji nie tylko e-edukacji nie poprawia, ale jakby trochę, nieznacznie, lecz zauważalnie ją pogarsza. Otóż sprzętu jakby coraz więcej (do dziś nie wiem po co mi stacja lutownicza z Laboratoriów Przyszłości…), ale nauczycieli w szkołach coraz mniej. Urządzenia namnażają się jak króliki w Australii. Z kadrą jest gorzej: nie namnaża się. Natomiast ilość wymagań wobec niej rośnie, oczekiwane kompetencje są już absurdalne, wypłaty stoją w miejscu, a czas…

Brak czasu na wykorzystanie gratów! Przeładowane podstawy programowe nakazują lecieć na łeb na szyję z programem, nie zostawiając miejsca na naukę wspomagania się pierdyliardem gadżetów spuszczonych na szkołę, jak niechciana manna z nieba.

Zmianę mają wprowadzić – ależ oczywiście! – sami nauczyciele, najlepiej w szkołach publicznych (no przecież ktoś musi być za to odpowiedzialny…) Widzę oczyma mej rozbuchanej wyobraźni rzesze koleżanek i kolegów przed emeryturą, którzy ucyfrawiają (cyfryzują? digitalizują?) swoje edukacyjne warsztaty na chybił trafił, korzystając z 3 typów urządzeń, 3 systemów operacyjnych i różnych w tych systemach radośnie zasubskrybowanych edu-aplikacji, ruszają do pracy projektowej i w blokach przedmiotowych po to, żeby dowiedzieć się o obcięciu wynagrodzeń i „wzroście” płac poniżej inflacji, odebraniu praw (np. do urlopu zdrowotnego), rozbuchanej ilości dni wolnych (no przecież wakacje!), a przy kolejnym/ej MENistrze usłyszeć, że to wszystko G... warte było, bo tera jest lepszy pomysł! Zaprzepaszczenie przez PISmenistrę Zalewską całego dorobku i wszystkich doświadczeń nauczycieli gimnazjalnych oraz brak reakcji społecznej po dokonaniu tego aktu każe bez entuzjazmu odnosić się do pomysłów kolejnych polityczek i polityków, chyba za karę zsyłanych do resortu przy Alei Szucha.

W tym mitycznym miejscu jeszcze nikt nie odkrył, że system edukacji to system naczyń połączonych, a machnięcie motylich skrzydeł w gabinetach może skutkować edukacyjnym tsunami w szkołach. To za trudne.

Trzeba było uważać na fizyce.

 

Notka o autorze: Jacek Ścibor uczy informatyki w Szkole Podstawowej w Chrząstawie Wielkiej. Szkoli nauczycieli w używaniu TIK i buduje swoją cyfrową szkołę przy wsparciu dyrektora szkoły. Założyciel i administrator wraz z przyjaciółmi społeczności Superbelfrzy RP wykorzystującej FB jako platformę komunikacji i wymiany wiedzy. Fan dzielenia się wiedzą wśród nauczycieli, a jego mottem jest: nie ten jest nauczycielem, który tylko uczy, ale który również kocha naukę.

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

Odnoszę wrażenie że, być może ze względu na fakt że autorka równocześnie prowadzi kółko teatralne, n...
Likwidacja ocen likwiduje problem oceniania. UCZNIOWIE w ogóle nie potrzebują ocen. Jak ktoś się czy...
Joanna Stróżyk napisał/a komentarz do Autonomia w teorii i praktyce oświatowej
Inspirujące przemyślenia! I rzeczywiście pat. Badacze, reformatorzy, specjaliści i politycy (ALE tac...
Sylwia napisał/a komentarz do Reformowanie oświaty jakby na opak
Uważam, ze w kwestii reformy edukacji ważny jest jeszcze jeden punkt - a mianowicie sprawa zróżnicow...
Nie ma sensu nadmiernie wymagać - większość wiedzy i tak zostanie zapomniana jeszcze przed opuszczen...
Zapomniała Pani o najważniejszym: WYBIERZ SENSOWNEGO PROWADZĄCEGO. Jeśli szkolenie polega na tym, że...
Jan Soliwoda napisał/a komentarz do Koniec lekcji
Czy faktycznie wszystkie tematy da się przedstawić w formie hardrockowej żeby było 'cool'? Zazwyczaj...
Mam podobne odczucia. Z tą różnicą, że trzymam jeszcze książki akademickie, ale coraz rzadziej do ni...

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie