Przy minimalnym tylko rozgłosie procedowany jest właśnie projekt rozporządzenia MEN[1], zmieniającego niektóre regulacje dotyczące oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów. Zmiany dotyczą kilku obszarów działalności szkoły i choć są wycinkowe, to w większości dość istotne, więc warto się z nimi zapoznać. Omówię je tutaj w kolejności, jaką przyjęto w uzasadnieniu[2], które zdecydowanie ułatwia ich ogarnięcie i rozszyfrowanie intencji autorów.
Korekta opisana w pierwszym punkcie uzasadnienia dotyczy szkolnictwa zawodowego. Jeżeli w programie kształcenia w danym zawodzie jest przygotowanie do egzaminu na prawo jazdy, można będzie z niego zwolnić ucznia, który wylegitymuje się wcześniejszym ukończeniem takiego kursu poza szkołą, nawet bez zdania samego egzaminu. Brzmi to całkiem zdroworozsądkowo.
Kontrowersyjnej materii dotyczy natomiast punkt drugi, opisujący zmianę, którą można śmiało określić mianem Lex „Szkoła w chmurze". Proponowany zapis w rozporządzeniu zdaje się ostatecznie rozstrzygać niedawny spór pomiędzy ministerstwem a najszerzej znaną placówką organizującą edukację opartą na nauczaniu domowym o to, czy roczny egzamin klasyfikacyjny może być przeprowadzony online. Potwierdza negatywne stanowisko MEN. Przy okazji ministerstwo postanowiło wyliczyć przeciwnika do końca, określając minimalny czas trwania egzaminu z jednego przedmiotu (30 minut w SP, 40 minut w szkole ponadpodstawowej) oraz maksymalną liczbę takich egzaminów dziennie (trzy). Jedno i drugie mocno utrudni życie placówkom skupiającym uczniów z różnych stron Polski, a przede wszystkim samym uczniom, szczególnie tym, którzy zapisani są do szkół daleko od swojego miejsca zamieszkania. Czy dzięki temu zwiększy się wiarygodność wyników egzaminacyjnych, w którą powątpiewa sporo osób, najwyraźniej także w MEN?! Nie sądzę, ale póki rzecz dotyczy tylko zaliczania kolejnych lat nauki, a nie certyfikowania kwalifikacji zawodowych, można by chyba uznać, że rzetelność egzaminowania winna być raczej przedmiotem troski rodziców. W końcu to wyłącznie oni odpowiadają za jakość edukacji domowej swoich dzieci. Polska szkoła ma wiele innych problemów do rozwiązania. Najwyraźniej jednak MEN uważa inaczej.
Na marginesie powyższego warto jednak zwrócić uwagę, że egzaminy na wyższych uczelniach nadal będą mogły odbywać się online, choć one akurat warunkują uzyskanie kwalifikacji do wykonywania takiego czy innego zawodu. Chociaż kwestia ta podlega innemu ministrowi, warto postawić pytanie, czy władze nie powinny być bardziej konsekwentne w ustalaniu reguł egzaminowania. Taka dychotomia rodzi bowiem podejrzenie, że prywatne wyższe uczelnie mają po prostu lepszy lobbing. Czemu zresztą trudno się dziwić, skoro wśród ich klientów pokaźną grupę stanowią politycy…
***
Kolejnym zagadnieniem, którego dotyczy projekt rozporządzenia, jest lista siedmiu obszarów branych pod uwagę przy ustalaniu śródrocznej i rocznej oceny klasyfikacyjnej zachowania. Zaproponowaną zmianę uzasadnia się potrzebą dostosowania do założeń reformy „Kompas Jutra”.
Na pierwszym miejscu pozostaje wywiązywanie się z obowiązków ucznia. Na miejsce drugie awansowało (z siódmego) okazywanie szacunku innym osobom, z istotnym uzupełnieniem w postaci konkretnego wskazania „w tym nauczycielom, uczniom i pracownikom szkoły”.
W punkcie trzecim znajduje się nowość: przejmowanie odpowiedzialności za własny rozwój i realizację zamierzonych celów. Będziemy zatem oceniać w zachowaniu uczniów ich samodzielność oraz sprawczość, czyli dwie cechy, póki co, zgodnie tłumione przez cały świat dorosłych, które – wbrew głębokiemu przekonaniu urzędników w MEN o magicznej sprawczości paragrafów – w obecnych realiach organizacyjnych i finansowych oświaty pozostaną takimi także po reformie.
O jedno oczko do góry, na miejsce czwarte, przesunęła się dbałość o bezpieczeństwo i zdrowie własne oraz innych osób. W punkcie piątym umieszczono przestrzeganie norm społecznych w szkole i poza nią, co można uznać za bardziej ogólne ujęcie dotychczasowego punktu szóstego, który nakazywał „godne, kulturalne zachowanie w szkole i poza nią”. Z kolei na miejscu szóstym znalazła się następna nowość w rozporządzeniu – współpraca w działaniu oraz dbałość o dobre relacje z innymi. To kryterium wydaje się mocno wątpliwe w szkole, w której każde zaburzenie we współpracy i relacjach pomiędzy uczniami ma w założeniu być przedmiotem interwencji pedagogicznej i wsparcia opartego o dogłębne zrozumienie potrzeb i ograniczeń poszczególnych jednostek. Ale brzmi dobrze i niewątpliwie bardzo „kompasowo”.
W punkcie ostatnim zapisano wykazywanie się postawą patriotyczną, rozumianą jako szacunek dla własnego narodu i ojczyzny, społeczności lokalnej i regionalnej oraz poszanowanie historii, tradycji i kultury innych narodów – dziwoląg łączący treści miłe konserwatystom, w tym postawienie narodu przed ojczyzną, z progresywną otwartością na obecność innych nacji w naszym coraz bardziej wielokulturowym społeczeństwie. Papier w każdym szkolnym statucie zniesie tę złożoność bez trudu. Życie – już niekoniecznie.
Fakt, że z wykazu znikły dotychczasowe punkty 2 i 3, czyli „postępowanie zgodne z dobrem społeczności szkolnej” oraz „dbałość o honor i tradycje szkoły”, można uznać za potwierdzenie stanu faktycznego. Szkoła straciła swoją szczególną rangę w społeczeństwie, stając się po prostu zwykłym miejscem świadczenia usług, w tym wypadku edukacyjnych. Warto mieć świadomość, że jednym ze skutków tej zmiany jest spadek znaczenia oceny zachowania. Podkreślam to, bowiem odklejki z najwyższych sfer oświatowych wciąż jeszcze wskazują ją jako czynnik motywujący uczniów do pożądanego sposobu postępowania. Niestety, to już przeszłość. Oceną zachowania przejmują się jeszcze czasem dzieci w szkołach podstawowych, szczególnie gdy ma ona znaczenie dla uzyskania świadectwa z paskiem, natomiast na dalszym etapie edukacji stanowi ona już tylko biurokratyczną mitręgę o bliskim zeru przełożeniu na funkcjonowanie społeczne młodych ludzi.
Mimo tak pesymistycznej oceny sytuacji skorzystam w tym miejscu z okazji, by po raz nie wiem już który powtórzyć, że wszelkie szkolne systemy oceniania, oparte na punktach dodatnich i ujemnych za rozmaite zachowania, są przejawem behawioryzmu w najczystszej postaci, tresurą rodem z epoki pedagogiki łupanej. Jeśli nie deklaruję w tym miejscu marzenia, by MEN urzędowo ukrócił to zjawisko, to tylko dlatego, że ręczne sterowanie praktyką edukacyjną przez władze uważam za szkodliwe co do zasady. Brakuje mi jednak w tej kwestii donośnego głosu krytyki ze strony uczonych pedagogów albo organizacji prouczniowskich.
***
Punkt czwarty uzasadnienia projektu rozporządzenia opisuje dalszą konsumpcję żaby, jaką dla władz MEN stała się kwestia prac domowych w szkołach podstawowych. Przypomnijmy, że obowiązujące obecnie ograniczenia budzą opór nie tylko wielu nauczycieli, ale również części rodziców, a szumne deklaracje, że ich wprowadzenie spowoduje rozkwit życia rodzinnego oraz realizację pasji młodych ludzi, można spokojnie włożyć między bajki.
Zagadnienie stricte metodyczne jest tak złożone, że nie powinno być przedmiotem urzędniczej ingerencji. Nie tylko dlatego, że narusza ona ustawowe prawo nauczycieli swobodnego doboru metod uznanych przez naukę. Również z powodu braku możliwości uwzględnienia wszystkich za i przeciw, powstających w konkretnych sytuacjach szkolnych, czego najlepszym dowodem jest fiasko działań zespołu ekspertów IBE, w łonie którego – mimo osobistego kierownictwa Dyrektora Macieja Jakubowskiego – nie udało się uzgodnić treści rekomendacji dla MEN.
Tymczasem stanowisko ministerstwa pozostaje niezmienne, a nawet zostaje ugruntowane w nowym rozporządzeniu, poprzez zapisanie wprost, że prace domowe „służą utrwalaniu, rozwijaniu lub praktycznemu stosowaniu treści nauczania realizowanych w czasie zajęć edukacyjnych”, oraz że nauczyciel ma obowiązek udzielić informacji zwrotnej o każdej wykonanej przez ucznia pracy domowej. To drugie, w wielu przypadkach po prostu mało realne w praktyce, na przykład dla zadania przećwiczenia i utrwalenia poznanych na lekcji nowych słówek, niewątpliwie stanowić będzie czynnik dodatkowo ograniczający zadawanie prac domowych.
Prawdziwa perła legislacji kryje się jednak w trzecim podpunkcie tej części rozporządzenia. Zacytuję w całości:
4. Przy ustalaniu rocznej oceny klasyfikacyjnej z danych zajęć edukacyjnych nauczyciel może uwzględnić systematyczność ucznia w wykonywaniu prac domowych, o których mowa w ust. 1 pkt 2.
W ten magiczny sposób zadania domowe zostają (jednak) podłączone do systemu oceniania. Pozornie sprawa wygląda prosto: nauczyciel uwzględnia prace domowe w swoich wymaganiach przedmiotowych i zasadach oceniania. Dookreśla pojęcie „systematyczności” i to, w jaki sposób wpływa ona na ocenę. W świecie idealnym byłoby tak, że uczniowie gremialnie zaczną te prace wykonywać i osiągną z tego tytułu określone profity w ocenie z przedmiotu. W świecie realnym pojawi się problem skutków braku systematyczności, gdy – pozostając w zgodzie z rozporządzeniem – nauczyciel obniży z tego tytułu ocenę klasyfikacyjną. No bo „uwzględnić systematyczność” niekoniecznie należy rozumieć wyłącznie pozytywnie. Największym jednak absurdem jest ewidentna niezgodność proponowanego zapisu z prawem, które stanowi, że ocena odzwierciedla poziom opanowania wiadomości i umiejętności wynikających z podstawy programowej. Uwzględnianie sposobu dojścia do efektu traktowane jest przez tak licznych dzisiaj krytyków nauczycieli jako bardzo poważne uchybienie, dające wręcz podstawę do twierdzenia o panującym w szkołach bezprawiu.
Dlaczego zatem nie protestują w tym momencie zwolennicy ścisłego normowania metodyki pracy nauczycieli?! Dlaczego nie słychać głosów sprzeciwu ze strony progresywnych pedagogów, ani aktywistów prouczniowskich?! Dlaczego nie piętnuje się braku poszanowania prawa w działaniach ministerstwa?! Nie wskazuje groźby otwarcia kolejnego frontu w niekończącej się szkolnej wojnie wszystkich ze wszystkimi?! Aż boję się myśleć, że ta sprawa jest po prostu zbyt błaha, by stać się źródłem kapitału politycznego. Bo dla szkoły, dla nauczycieli, błaha nie jest na pewno!
Omówiony tutaj jeden, w istocie bardzo niewielki akt prawny, pozwala ministerstwu: pod pretekstem reformy zaingerować w metodykę pracy nauczycieli, dokonać kosmetyki kryteriów oceny zachowania, która coraz mniej obchodzi uczniów, przez co traci swoją wartość narzędzia wychowawczego w rękach nauczycieli, utrudnić życie szkołom opartym na edukacji domowej, oraz dopisać kolejny rozdział do pisanej przez polityków księgi absurdu pedagogicznego, zatytułowanej „Prace domowe w szkołach podstawowych”. Aż się prosi w tym miejscu o rolkę z którąś z pań minister, z olśniewającym uśmiechem parafrazującą klasyka: „Jest to rozporządzenie na miarę naszych możliwości. To jest nasze rozporządzenie, przez nas zrobione, i to nie jest nasze ostatnie słowo!”.
Uczciwie, to samo należałoby powiedzieć o reformie "Kompas Jutra"...
Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się w blogu autora.
Przypisy:
[1] Projekt rozporządzenia Ministra Edukacji: https://legislacja.rcl.gov.pl/docs/579/12410056/13202598/13202599/dokument775409.pdf
[2] Uzasadnienie do projektu: https://legislacja.rcl.gov.pl/docs/579/12410056/13202598/13202599/dokument775410.pdf


