Co dalej po „dobrej zmianie”?

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia

Statystyki odwiedzin bloga „Wokół szkoły” pokazują, że moje artykuły stanowiące bieżącą publicystykę oświatowo-polityczną (takie jak „Pani minister w trzech interakcjach…” czy „Houston, mamy problem!”) mają wielokrotnie więcej czytelników niż teksty bardziej refleksyjne, wśród których szczególnie mizernym odbiorem odznaczył się „System edukacji w służbie społeczeństwa”. Smuci mnie to, choć niespecjalnie zaskakuje, bowiem powszechnie wiadomo, że „klikalność” jest wprost proporcjonalna do ładunku emocjonalnego przekazu.

A zatem czytanie o błędach i kłamstwach minister Anny Zalewskiej stanowi dla przeciwników „dobrej zmiany” – lwiej części odbiorców mojej publicystyki – zdecydowanie większą atrakcję niż lektura rozważań, czemu powinien służyć system edukacji. Pierwsze przyjemnie umacnia w przekonaniu, że pani Zalewska i jej reforma, to jedna wielka katastrofa. Drugie w obecnej sytuacji wydaje się jałowe. A w każdym razie – nie budzi emocji.

Niestety, nawet jeśli bardzo źle oceniać obecną reformę, sama zmiana władzy, bez dobrego pomysłu na przyszłość, to za mało, żeby żyć potem (w placówkach oświatowych) długo i szczęśliwie. Kiedy uda się odsunąć obecną ekipę rządzącą, potrzeba znalezienia odpowiedzi na pytanie, co dalej z polską edukacją, stanie się nagle paląca. Chwilowo wygląda, że może być z tym problem…

Żeby nie być gołosłownym, proponuję przenieść się na chwilę do sfery political-fiction. Oto obecna szefowa MEN przechodzi do historii, a wraz z nią cała „dobra zmiana”. Co może uczynić w sferze edukacji nowa władza – przyjmijmy optymistycznie, że otwarta intelektualnie i racjonalna?

Przywrócić gimnazja? To znaczy, zafundować kataklizm kilku kolejnym rocznikom młodych ludzi i nową „wędrówkę ludów” rzeszy nauczycieli? Na zdrowy rozum – nie powinna.

Zmienić podstawę programową? To jest dużo bardziej realne, ale trzeba pamiętać, że miliony uczniów będą w środku cyklu kształcenia, przygotowując się do egzaminów opartych na obecnej wersji tego dokumentu. Zadziałanie metodą pani Zalewskiej, czyli wprowadzenie „w biegu” kolejnej reformy, byłoby irracjonalne. Nawet gdyby uznać to za mniejsze zło, byłoby ono i tak monstrualnej wielkości.

Sypnąć groszem nauczycielom? Powiedzmy sobie wprost – żadna władza tego nie uczyni. Bez zasadniczej zmiany organizacji pracy szkół w ogóle, a nauczycieli w szczególności, nie da się znacząco podnieść zarobków półmilionowej rzeszy pracowników oświaty. Tym bardziej, że 500+ i inne pomysły socjalne PiS raczej w polskim krajobrazie pozostaną. No chyba, że wybuchnie głęboki kryzys ekonomiczny, ale wtedy edukacja tylko umocni się na szarym końcu listy rządowych priorytetów.

Niektórzy upatrują źródło optymizmu w całym szeregu pomysłów zmian, powstających oddolnie w środowisku oświatowym, niekiedy z powodzeniem wdrażanych przez pojedynczych nauczycieli, bądź zespoły pedagogiczne. Mam tu na myśli, na przykład, bardziej przyjazne ocenianie lub wręcz nauczanie bez ocen, albo odchodzenie od tradycyjnych przedmiotów na rzecz projektów. Pojawiają się też postulaty porzucenia systemu klasowo-lekcyjnego, zwiększenia zakresu autonomii nauczycieli i/lub uczniów, ograniczenia prac domowych i wiele innych. Świetnie się o tym czyta i rozmawia, z podziwem śledzi relacje osób, które propagują pozytywne doświadczenia. Sam długo podzielałem przekonanie, że metodą takich lokalnych, spontanicznych innowacji, możliwe jest nadanie polskiemu szkolnictwu nowego oblicza. Ostatecznie doszedłem jednak do przekonania, że nowinek pedagogicznych nie da się wprowadzić w skali całego państwa bez wsparcia w postaci rozwiązań systemowych. Jeśli jakakolwiek nowa władza oświatowa spróbowałaby zrealizować tylko najbardziej popularne postulaty i pomysły, nie zadbawszy o spójność całości, powstałby bałagan większy niż przy „dobrej zmianie” i znowu przyszłoby spisać na straty kilka roczników młodych ludzi. Nie wykluczałbym też buntu zdezorientowanych rodziców i nauczycieli, którzy w swojej masie są zadziwiająco mocno przywiązani do tradycyjnego modelu szkoły, nawet jeśli coś ich w nim uwiera.

W dzisiejszym świecie wszystko ma przebiegać błyskawicznie, a efekt każdej zmiany powinien być natychmiast widoczny, sprawdzony i pozytywny. Obawiam się jednak, że w oświacie to tak nie zadziała – zbyt wielka jest bezwładność systemu. Sądzę, że wizja możliwej do przeprowadzenia i spójnej wewnętrznie powszechnej zmiany edukacyjnej może powstać jedynie w toku uporządkowanej, merytorycznej debaty, obejmującej ogół powiązanych zagadnień, a nie tylko te, które są chwilowo najbardziej popularne, albo najbardziej dotkliwie doskwierają uczniom, rodzicom i nauczycielom.

Rozumiem argumenty, że nie mamy czasu, że świat nam ucieka, a młode pokolenie się marnuje itp., ale myślę, że możliwość szybkiego i sensownego zreformowania systemu edukacji, bez uprzedniej rzetelnej refleksji i dyskusji, po prostu nie istnieje. Można natomiast i warto możliwie szybko przeprowadzić taką debatę, nie czekając, aż zaskoczy nas zmiana władzy.

Tylko jak się do tego zabrać? No i kto miałby to robić?

Algorytm, jaki proponuję, jest prosty (choć oczywiście diabeł będzie tkwił w szczegółach). Składa się z pięciu kroków:

1) Zadeklarowania celów systemu edukacji.
2) Ustalenia elementów bazowych (kierunkowych) dla całego systemu.
3) Dyskusji w zespołach tematycznych nad zagadnieniami szczegółowymi.
4) Uzgodnienia propozycji przygotowanych przez zespoły tematyczne.
5) Wypracowania i zredagowania dokumentu końcowego.

Zbierając się do pierwszego kroku należy mieć świadomość, że nie istnieje jeden uniwersalny zestaw celów, których osiągnięciu może służyć system edukacji. Możliwości jest wiele, a to pociąga za sobą konieczność dokonania wyboru. Ogłoszona na jego podstawie deklaracja celów, swoisty manifest inicjatorów debaty, stanie się fundamentem dla dalszych rozważań, wiążąc wszystkich dyskutantów.

Nie będę rozwijał tego wątku, bowiem szerszą analizę zaprezentowałem już w artykule System edukacji w służbie społeczeństwa i tamże zawarłem własną propozycję konkretnego zestawu takich celów. Podkreślam raz jeszcze – jedną z wielu możliwych. Natomiast, skoro już wspomniałem o inicjatorach debaty i jej uczestnikach, to w tym miejscu odpowiem na pytanie, kto konkretnie miałby realizować zaproponowany plan działania.

Inicjatorzy, to niewielka grupa ludzi z różnych przyczyn szczególnie zainteresowanych kształceniem młodego pokolenia. Ideałem byłoby zgromadzenie w tym gronie przedstawicieli pełnego spektrum sił politycznych, ale rozpatrywanie takiej możliwości jest w naszym kraju dzisiaj zwykłą stratą czasu. Na ponadpartyjny konsensus w sprawach edukacji nie ma co liczyć. A skoro tak, to – nieco paradoksalnie – debata powinna być wsparta przez jakąś liczącą się siłę polityczną. Tylko w takim przypadku powstanie perspektywa przełożenia w przyszłości jej rezultatów na konkretne działania instytucji państwowych.

Zdaję sobie sprawę, że polityczne uwikłanie debaty może u wielu osób wywołać niechęć. Niestety, kształt polskiej demokracji jest taki, jaki jest i zakładając, że nie będzie coraz bardziej odbiegał od standardów europejskich, pozostanie oparty na systemie partyjnym. Tylko ugrupowania dysponujące większością parlamentarną mają możliwość reformowania różnych dziedzin życia społecznego, w tym także systemu edukacji.

O ile grupa inicjatywna nie może być zbyt liczna, o tyle liczba uczestników zasadniczej debaty ograniczona jest jedynie możliwościami logistycznymi. Im więcej indywidualnych doświadczeń, punktów widzenia i interesów znajdzie odbicie w dyskusji, tym lepiej. Oczywiście, dobrze by było, gdyby w takim gronie byli reprezentowani przedstawiciele nauki, nauczyciele, rodzice, przedstawiciele samorządów, związków zawodowych i organizacji pozarządowych działających w sferze oświaty. Jednak w inicjatywie rodzącej się w opozycji do obecnej władzy, trudno o przyjęcie precyzyjnego klucza doboru – największe znaczenie będzie miała chęć i dobra wola konkretnych osób. Potencjalnych dyskutantów z pewnością jednak nie zabraknie.

Aby zainspirować dyskusję w tak zróżnicowanym gronie, a zarazem sięgnąć do przydatnego w omawianej tematyce dorobku naukowego, zaproponowałbym przyjęcie na wstępie kanonu od kilku do kilkunastu zwartych publikacji, z którymi powinni zapoznać się wszyscy uczestnicy debaty. Sądzę, że można by zwrócić się o rekomendacje w tym względzie do uznanych autorytetów pedagogicznych, dobrze znających realia polskiej oświaty.

***

Trzy kolejne kroki proponowanego algorytmu przybliżę Czytelnikowi uciekając się do metafory „okrągłego stołu”. Ten mebel, mający swoje miejsce w najnowszej historii naszego kraju, jest dla mnie symbolem porozumienia. Symbolizuje również sposób prowadzenia poważnej dyskusji, polegający na uzgadnianiu najważniejszych kwestii w gronie siedzących przy nim dyskutantów, z wykorzystaniem propozycji szczegółowych, wypracowywanych w zespołach tematycznych, określanych mianem „podstolików”.

A zatem w kroku drugim centralne miejsce rezerwuję dla okrągłego stołu, przy którym zostaną ustalone najważniejsze zasady, określające (i narzucające) kierunki działania w sprawach szczegółowych, pożądane w świetle zadeklarowanych uprzednio celów systemu edukacji. Przedmiotem obrad uczyniłbym cztery zagadnienia:

- podstawę programową,
- wymagania egzaminacyjne,
- plan nauczania,
- zasady oceniania i promowania.

Zanim Czytelnik żachnie się, że tyle jest ważniejszych kwestii w edukacji, niż proponowana przeze mnie biurokracja, niech jednak zwróci uwagę, że właśnie za pośrednictwem wymienionych tutaj regulacji państwo określa pedagogiczny wizerunek systemu oświaty. A to przecież jest fundament.

Muszę podkreślić, że celem dyskusji na tym etapie nie jest opracowanie szczegółowych dokumentów (na przykład, projektu podstawy programowej), a jedynie przyjęcie ich ogólnych założeń. Na przykład:

Jak powinna być sformułowana podstawa programowa? Czy powinna liczyć kilkaset stron i szczegółowo opisywać treści kształcenia kilkunastu przedmiotów, czy może jedynie stron piętnaście, sprowadzając się, na przykład, do edukacji polonistycznej, matematycznej, języka obcego i wychowania fizycznego, w każdej z tych dziedzin dając nauczycielowi jedynie wskazówki do pracy? A może przyjęta zostanie jeszcze inna propozycja? Tak czy inaczej, z punktu widzenia dalszej debaty, toczonej choćby przy „podstoliku” poświęconym nauczycielom, kształt podstawy programowej jest kwestią fundamentalną, którą trzeba uzgodnić jak najwcześniej.

Temat podstawy programowej pociąga za sobą kwestię etapów kształcenia, na jakie zostaje podzielony czas nauki szkolnej. Przyjdzie zmierzyć się z tym tematem, choć pragmatyzm będzie podpowiadał, by utrzymać podział wprowadzony przez reformę Zalewskiej.

Jakie egzaminy będą obowiązywały uczniów w projektowanym właśnie systemie, i jaki będzie ich cel? Jak sformułować wymagania egzaminacyjne? Czy oprzeć je na sążnistej podstawie programowej, czy tworzyć sylabusy, określające szczegółowe wymagania, stanowiące dopełnienie podstawy okrojonej do kilkunastu stron? Może są jeszcze inne możliwości?

Czy utrzymać sztywny plan nauczania – wymarzony dla biurokratów, ale stanowiący kulę u nogi dla innowacyjności pedagogicznej? Są przecież inne możliwości. Na przykład, państwo finansuje określoną liczbę godzin zajęć w tygodniu, z czego trzy czwarte wg urzędowego planu nauczania, a pozostałe do uznania danej placówki (oczywiście w porozumieniu z jej organem prowadzącym). Ile to dawałoby możliwości działania! Szkoła dysponująca fantastycznym, charyzmatycznym nauczycielem muzyki, dla którego w obecnym systemie ma do zaoferowania 6 godzin zajęć, mogłaby potroić ten wymiar, stawiając na poszerzoną edukację muzyczną. To tylko pierwszy z brzegu pomysł…

Niech Czytelnik wybaczy mi tę odrobinę entuzjazmu i nie podpowiada z politowaniem, że w większości szkół godziny „do uznania” zostaną przeznaczone na przedmioty egzaminacyjne, a genialny muzyk, szerzący swoją sztukę w potrójnym wymiarze godzin może wpaść pod samochód i tyle będzie tego poszerzonego programu edukacji artystycznej. A może jednak chociaż część swobodnych godzin zostanie przeznaczona na zajęcia projektowe, niechby nawet powiązane tematycznie z przedmiotami egzaminacyjnymi?! A może muzyk pracujący w jednym miejscu będzie bardziej bezpieczny, niż podróżujący między trzema lub czterema placówkami, by oświecać w nich dzieci w zawrotnym wymiarze 45 minut tygodniowo. A może danie ludziom pewnego zakresu swobody będzie w ostatecznym rozrachunku bardziej dla państwa opłacalne? Nauczyciele traktowani jak istoty bez woli i rozumu tacy właśnie się stają. Podobnie dyrektorzy szkół. Jedni i drudzy nie wykształcą nikogo twórczego, jeśli sami będą zmagać się z drobiazgowymi ograniczeniami.

Co by nie było – trzy wskazane powyżej regulacje, wraz z zasadami oceniania i promowania (oby jak najprostszymi), determinują działanie całego systemu i jako takie powinny być uzgodnione na poziomie koncepcji, zanim w kolejnym kroku przystąpią do pracy zespoły tematyczne.

Dyskusja w „podstolikach” stanowi najszerzej zakrojony element całej debaty. Do uzgodnienia pozostaje, ile grup dyskusyjnych należy powołać. Ja proponuję sześć, z następującymi zakresami tematycznymi:

- nauczyciel,
- placówka oświatowa,
- zarządzanie systemem,
- specjalne potrzeby edukacyjne,
- kształcenie zawodowe,
- finansowanie edukacji.

W tych sześciu sferach zmieściły się wszystkie zagadnienia szczegółowe, jakie przyszły mi do głowy podczas pisania tego artykułu.

W kolejnym, czwartym już kroku odbędzie się uzgodnienie materiałów wypracowanych w ramach „podstolików”. Każdy podział tematyczny jest po części sztuczny i pewne zagadnienia będą się zazębiać albo przenikać. Prawdopodobnie niektóre rekomendacje zespołów okażą się sprzeczne. Na tym etapie wszystkie rozbieżności i sprzeczności będą musiały zostać przedyskutowane i ostatecznie uzgodnione.

Krok piąty, to praca redakcyjna kilkuosobowego grona osób, których zadaniem będzie napisanie przystępnym językiem raportu z debaty. Ten dokument powinien stanowić wypracowaną zbiorowym wysiłkiem, nadającą się do upowszechnienia wizję przyszłego kształtu polskiego systemu oświaty. Do wykorzystania przez patronujące przedsięwzięciu siły polityczne jako ich program w dziedzinie edukacji.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że uwieńczenie powodzeniem kroku piątego oznacza w istocie jedynie stanięcie na początku drogi, którą trzeba będzie przejść, by w przypadku zaistnienia korzystnej sytuacji politycznej uzgodnić przygotowane propozycje z partnerami społecznymi, a następnie przełożyć je na język ustaw i rozporządzeń, bazując na sensownym harmonogramie zmian. Wydaje się to perspektywą bardzo odległą. Jednak nic w polityce nie trwa wiecznie, więc warto być przygotowanym na pojawienie się możliwości podjęcia takich działań.

Czego życzę sobie i wszystkim, którzy nie zgadzają się z wizją edukacji wprowadzaną w życie przez obecne władze naszego kraju.

 

Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Zespołu Szkół STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się pierwotnie w blogu autora.

 

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie