Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Problem, który dzisiaj poruszę, nie dotyczy wszystkich szkół. Może występuje jedynie w nielicznych. Oby. Ale póki nie stwierdzisz, Czytelniku, że placówka, w której pracujesz, lub w której uczy się Twoje dziecko, nie ma z nim nic wspólnego, czytaj. Choćby pierwsze akapity wydały Ci się mało interesujące albo… dziwne.

Przez ostatnie pół roku dużo mówiło się w środowisku oświatowym o ocenianiu pracy nauczycieli. Powszechna krytyka doprowadziła do częściowego przynajmniej wycofania koncepcji pani minister Zalewskiej. Przy jakiejś okazji padła nawet z jej strony zapowiedź powrotu do starych zasad, choć jak na razie z prawa oświatowego zniknęły tylko szkolne regulaminy określające „wskaźniki do kryteriów”. Być może ktoś, kto z wyjątkową uwagą studiuje akty prawne, tudzież rzucane tu i tam wypowiedzi szefowej MEN, potrafiłby powiedzieć coś więcej na temat obowiązujących obecnie regulacji, ja chwilowo jestem nieco zagubiony i modlę się tylko, by w najbliższym czasie nikt z mojego personelu nie wystąpił o ocenę swojej pracy.

Korzystając z czasu na myślenie, jaki zawsze przynoszą ze sobą ferie, nieco przypadkiem podążyłem tropem tych swoich modlitw i wpadłem na pomysł, jak można powiązać ocenianie pracy nauczycieli z życiem, zapewniając im sprawiedliwe traktowanie, stały dopływ informacji zwrotnej, zarazem motywując do zachowań pożądanych i do unikania działań źle widzianych (przez dyrekcję). Cóż prostszego, niż wprowadzić odpowiedni regulamin punktowy?

Każdy nauczyciel na starcie otrzyma, dajmy na to, 300 punktów. Będzie to poziom bardzo dobrej oceny jego pracy. Do tego dorzucimy mu wyczerpujący taryfikator, jakie działania będą nagradzane punktami dodatnimi, a jakie ujemnymi. Jeżeli uciuła, powiedzmy 500 punktów, otrzyma ocenę wyróżniającą. Jeżeli spadnie do zera – negatywną. Na szczęście nauczyciele są mistrzami adaptacji do najrozmaitszych urzędowych pomysłów, więc zapewne doskonale poradzą sobie z utrzymaniem na plusie.

Z pierwszymi pomysłami do regulaminu nie miałem żadnego kłopotu. Na przykład: przygotowanie i przeprowadzenie klasówki: plus 10 punktów; sprawdzenie i oddanie jej uczniom w ciągu tygodnia: plus 5, a potem, za każdy dzień opóźnienia o jedno oczko mniej. Czyli po dwóch tygodniach już minus 2 punkty. Rzecz do rozważenia, czy uwzględniać w tej kalkulacji dni wolne od pracy. Przygotowanie dekoracji w szkole – plus 3 punkty, a jeśli wspólnie z uczniami, to może nawet ze dwa więcej. Średnia ocen semestralnych z prowadzonego przedmiotu wyższa od 5,0 = plus 10 punktów, za 4,5 – plus 5, za 4,0 – zero, za 3,5 – minus 5 i tak dalej. Kolega, który ze szkołą ma tyle wspólnego, że kiedyś do niej chodził, bez trudu podsunął mi dalsze kilkanaście pozycji takiego regulaminu, wliczając w to również podanie kawy dyrektorowi (minus 5 – nie znoszę kawy), jak również uprzejme powitanie w drzwiach szkoły (plus 3), z ewentualną premią za dobiegnięcie z drugiego końca korytarza.

Ostatnie zdanie, jak mam nadzieję, ostatecznie uspokoiło Czytelnika, że Pytlak nie zwariował, tylko tak sobie żartuje. Zastanówmy się jednak przez chwilę, dlaczego miałby to być tylko żart? Czy dlatego, że taryfikator musiałby być gruby jak biblia, by uwzględniać i wyceniać większość możliwych zdarzeń? A może nieprawdopodobna jest wizja dyrektora chodzącego po szkole, bądź monitorującego zapisy w dzienniku elektronicznym, by wychwycić i sprawiedliwie nagrodzić wszystkie zasługi nauczycieli i ukarać ich wpadki? Nawet jeśli dostawca dziennika za skromną opłatą zapewniłby szefostwu szkoły skrojony na miarę moduł elektronicznej dokumentacji? A może wreszcie taki system okazałby się po prostu nieskuteczny, zachęcając bardziej do kombinowania niż podejmowania określonych zachowań, a unikania innych? Tresura może sprawdzać się w przypadku zwierząt, ale raczej nie jest zalecana wobec istot myślących, do których z pewnością zaliczają się nauczyciele.

A zatem ten mój cały pomysł, to tylko taki dziwny żart, kompletnie bez sensu? Otóż jednak nie. Okazuje się, że ma on swoje odniesienie w życiu. Oto dzisiejsze (4 lutego) wydanie warszawskiego „Metra” przynosi informację o wprowadzeniu zbliżonego systemu dla uczniów, w klasie 7c jednej ze szkół. W wersji uproszczonej, wyłącznie z punktami ujemnymi, które grożą za siedem czynności, w tym najwięcej za makijaż i malowanie paznokci. A zafarbowanie włosów od razu pozbawia delikwenta szansy na dwie najwyższe oceny zachowania, już bez żadnej tam kalkulacji punktów. Jest, co prawda, na końcu owego dokumentu zachęta do zgłaszania wychowawcy działań na rzecz szkoły i klasy, ale bez określenia czy i ile dodatnich punktów można otrzymać w takiej sytuacji. Być może pozostaje to do negocjacji.

Owa medialna wiadomość, wskazująca „jedną ze szkół” na Bielanach, może być po prostu fejkiem, czego całym Bielanom życzę. Może też być desperacką próbą wychowawcy klasy 7c zapanowania nad czternastolatkami malującymi twarze i paznokcie i popełniającymi bez należytego umiaru wszelkie inne błędy młodości. Problem w tym, że punktowe regulaminy oceny zachowania uczniów, bez żadnej wątpliwości, mnożą się jak Polska długa i szeroka. Można ich znaleźć wiele na stronach internetowych różnych szkół i nie są to raczej ślady aktywności hakerów. To szaleństwo dzieje się naprawdę.

Powtórzę z drobną modyfikacją: tresura może sprawdzać się w przypadku zwierząt, ale raczej nie jest zalecana wobec istot myślących, do których z pewnością zaliczają się uczniowie.

O ile często w blogu „Wokół szkoły” krytykuję poczynania władz oświatowych, o tyle staram się zachować wstrzemięźliwość w ocenianiu działań podejmowanych w konkretnych placówkach. Pewnie nie udaje mi się to w stu procentach, bo temperament publicysty czasami ponosi, ale staram się szanować różne pomysły, nawet jeśli nie bardzo mi się podobają. Nie da się robić dobrej edukacji według jednego wzorca, w myśl najlepszych nawet koncepcji, ale w całości zesłanych z góry.

Niestety, punktowa ocena zachowania nie jest zesłana z góry. Jest od początku do końca pomysłem oddolnym, pozbawionym, moim zdaniem, jakiegokolwiek pedagogicznego sensu, i to właśnie chcę w tym miejscu głośno powiedzieć. Oto kilka argumentów przeciwko tej metodzie:

Stanowi przejaw najbardziej prymitywnego, behawiorystycznego podejścia do wychowania, opartego na karaniu zachowań niepożądanych i nagradzaniu oczekiwanych. To tresura, której miejsce jest dzisiaj tylko w podręcznikach historii psychologii i pedagogiki.

Wyklucza budowanie w szkole pozytywnych relacji społecznych – nauczyciel jako bezustanny niemal szafarz punktów, nieważne, że dodatnich czy ujemnych, staje się dla ucznia prokuratorem i sędzią w jednym, źródłem zagrożenia, nadzorcą, ale nigdy nie partnerem, autorytetem, czy po prostu człowiekiem.

Uczy, że absolutnie wszystko ma swoją cenę, a zło można naprawić dobrem według określonego przelicznika. Często absurdalnego, na przykład, że dwa spóźnienia można zrekompensować przyniesieniem makulatury na szkolną zbiórkę. Co ma piernik do wiatraka? I po co komu w szkole tak motywowana zbiórka starych gazet? W ogóle, każdy odruch serca staje się potencjalnie nieszczery – bo motywowany, być może, oczekiwaniem nagrody.

Nie może być sprawiedliwa – aby stworzyć taryfikator rzetelnie oddający miarę różnych czynów i biorący pod uwagę możliwe uwarunkowania dziecięcego zachowania, trzeba być Bogiem.

Jest absolutnie nieskuteczna – w najlepszym razie czasowo tłumi niepożądane objawy, ale nie likwiduje żadnego wychowawczego problemu.

Opisywany tutaj problem dotarł do mnie już kilkakrotnie także ze strony czytelników bloga, w kontekście wątpliwości „Co Pan na to, panie Jarku?”. Pytają rodzice, nie nauczyciele. Niestety. To nauczycielowi wykształcenie pedagogiczne powinno dyktować, że ta koncepcja jest bez sensu. Ale z doświadczenia wiem, że nauczyciele mają dość specyficzne pojęcie o tym, czym jest odpowiedzialność, której uczeń powinien doświadczyć w szkole.

„Bycie odpowiedzialnym” jest zazwyczaj błędnie utożsamiane z „ponoszeniem odpowiedzialności”, czyli odczuwaniem konsekwencji podejmowanych działań, a szczególnie błędów. Moje przekorne twierdzenie, że jako nauczyciel jestem „konsekwentnie łagodny i wyrozumiały”, traktowane bywa zazwyczaj jako żart. Tymczasem najzupełniej poważnie uważam, że dążenie do tego, by dziecko zawsze i wszędzie ponosiło konsekwencje swoich działań, rzekomo ucząc się w ten sposób odpowiedzialności, w istocie zmienia wychowanie w tresurę.

Psycholog Agnieszka Stein w swoim adresowanym do rodziców blogu pisze:

(…) często mówimy do dzieci, partnerów, współpracowników “bądź odpowiedzialny” rozumiejąc przez to “rób to, czego JA od ciebie oczekuję”, a czasem nawet “rób to, co ci każę”.

W myśl takiego poglądu człowiek odpowiedzialny, to ten, który dobrze wykonuje polecenia. Tymczasem, moim zdaniem, zasługuje on jedynie na miano posłusznego. Człowiek naprawdę odpowiedzialny bierze sprawy w swoje ręce, jest autonomiczny i działa kierując się motywacją wewnętrzną. Blogerka ilustruje to przykładami:

Osoba odpowiedzialna za wynoszenie śmieci w domu to nie ktoś, kto wynosi śmieci tylko ten, kto zauważa, że kosz na śmieci jest pełen. Osoba odpowiedzialna za odrabianie lekcji to nie ta, która pisze w zeszycie tylko ta, która sprawdza, co jest zadane i planuje, co z tym zrobić.

Oczywiście w przypadku dziecka trudno mówić o pełnej autonomii. Ona dopiero się kształtuje – tym skuteczniej, im mądrzej działają dorośli. Wraz z nią rozwija się odpowiedzialność. Raz jeszcze zacytuję Agnieszkę Stein:

(…) pierwszym podstawowym warunkiem zaistnienia odpowiedzialności jest autonomia i przestrzeń na dokonywanie wyborów. Mogę być odpowiedzialna, kiedy mam różne możliwości. Jestem odpowiedzialna, kiedy świadomie z nich wybieram.

Aby dać dziecku sposobność wybierania potrzebne jest zaufanie ze strony dorosłych i życzliwa akceptacja jego prawa do błędów. A nie okładania go punktami przy każdej okazji, w nagrodę lub za karę.

Drodzy Nauczyciele! Dyrektorzy!

Jeśli w swojej szkole oceniacie punktowo zachowanie uczniów, karząc i nagradzając ich różne działania, zrezygnujcie z tego tak szybko, jak tylko się da. Szukając alternatywy, porozmawiajcie z młodymi ludźmi, powiedzcie im, co w ich zachowaniu sprawia wam najwięcej problemów. Zastanówcie się wspólnie z nimi, co zrobić, żeby takich zachowań było jak najmniej. Wspomnijcie przy tym mądre słowa profesora Dmuchawca z „Szóstej klepki” Małgorzaty Musierowicz, który przyznając się koleżance z pokoju nauczycielskiego, że wcale uczniów nie kocha, a niektórych nawet nie lubi, zapewnił jednak, że w miarę swoich sił pomaga im przejść przez to piekło, które nazywa się młodością.

POSTSCRIPTUM: Osoby znające STO na Bemowie wiedzą, że jeden z czterech aspektów oceny zachowania ucznia w klasach 4-6 - aktywność społeczna, oceniany jest w sposób punktowy. Czyli niezgodnie z sensem powyższego wywodu. Proszę jednak przyjąć tytułem usprawiedliwienia trzy okoliczności łagodzące. Nie ma możliwości w tym aspekcie zachowania otrzymania oceny negatywnej. Punkty są wyłącznie dodatnie. Uczeń przyznaje je sobie sam, na podstawie prostych, znanych mu od początku reguł.

 

Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się w blogu autora.

 

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie