Powrót do szkoły, czyli… do czego?

fot. Fotolia.com

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Zorganizowana 17 kwietnia przez Społeczne Towarzystwo Oświatowe telekonferencja pn. „Głowa w koronie”, poświęcona kondycji psychicznej uczniów po roku od wybuchu pandemii, miała doskonały timing. Z ostatnich wypowiedzi ministra Czarnka, jak również rozwoju sytuacji epidemicznej wynika, że powrót do szkół rysuje się coraz bardziej realnie. Refleksja nad spodziewanymi następstwami blisko roku zdalnej edukacji jest więc w tym momencie niezwykle na czasie. Prawdopodobnie wszyscy dyrektorzy szkół, większość nauczycieli oraz wielu rodziców zastanawia się, jak to teraz będzie.

Władze oświatowe wydają się przekonane, że uczniowie powrócą do wspaniale zreformowanych placówek i przystąpią do pracy takiej, jak przed pandemią. Sądząc z wypowiedzi ministra najważniejszym skutkiem roku zdalnej nauczania okaże się opóźnienie w realizacji programów, co można będzie nadrobić dzięki dodatkowym lekcjom. Na początek jednej tygodniowo w każdej klasie, potem – zapewne około grudnia – może nawet trzech. Są na to zarezerwowane fundusze, podobnie jak na ekstra zajęcia sportowe, które będą mogli przeprowadzić nauczyciele WF pod warunkiem wcześniejszego przeszkolenia przez fachowców z AWF-ów. Nie wnikając nawet w sensowność tych szkoleń trzeba mieć świadomość, że owe dodatkowe zajęcia również ruszą dopiero jesienią.

Trzeba przyznać, że minister Czarnek dostrzega również potencjalne problemy natury psychologicznej – także w tej dziedzinie proponuje stosowny program. Obejmuje on diagnozę, opracowanie modelu wsparcia, szkolenia dla nauczycieli i konsultacje dla rodziców, a wreszcie pomoc specjalistyczną. Brzmi pięknie, ale… 46 milionów złotych przeznaczone przez MEiN na te działania ma posłużyć opłaceniu 100 tysięcy godzin zajęć, co zrazu może wydawać się liczbą wysoką, jednak oznacza średnio zaledwie nieco ponad 80 godzin na każdą z 1200 szkół wylosowanych do programu. Czyli miesiąc pracy pedagoga lub psychologa. Pozostałe dwadzieścia tysięcy placówek będzie musiało radzić sobie na własną rękę, co w polskiej praktyce oświatowej oznacza „dyrektor zapewni i zorganizuje”. Oczywiście zazwyczaj bezkosztowo, bo pieniądze będą potrzebne do zaspokojenia pilniejszych potrzeb.

Sądzę, że również wśród ludzi przebywających na co dzień znacznie bliżej uczniów niż pan minister są zwolennicy spokojnego powrotu do normalnej nauki, nadgonienia ewentualnych zaległości programowych i po prostu „przywrócenia normalności”. Wyznający pogląd, że nie wolno dać się zwariować. Jednak wielu psychologów, pedagogów, terapeutów prezentuje opinię odmienną – nie da się zignorować bardzo zróżnicowanych skutków długotrwałej izolacji młodych ludzi. Ich zdaniem do szkół wrócą inne dzieci; zresztą nauczyciele i rodzice również będą borykać się ze swoimi problemami.

Życie dopiero pokaże, kto miał więcej racji, ale wyniki badań, które zaprezentował podczas konferencji prof. Jacek Pyżalski, nie upoważniają do optymizmu. Jest duży odsetek młodych ludzi, których stan psychiczny uległ w ciągu ostatniego roku znacznemu pogorszeniu, z drugiej strony jest również wcale nie mała grupa uczniów, którzy w zdalnym nauczaniu czują się lepiej niż w klasie. Paradoksalnie, powrót do szkolnych ławek może okazać się wyzwaniem dla jednych i dla drugich. A na pewno dla szkoły.

Problem, przed jakim stoję jako dyrektor, a myślę, że również tysiące moich koleżanek i kolegów po fachu, polega na tym, że nie będziemy mieć czasu, by czekać na wsparcie. Wraz z uczniami przyjdą do szkoły ich rozmaite problemy, wobec których staniemy od pierwszego dnia. Łatwo się mówi: „szkoła będzie inna”, ale trudno odpowiedzieć jaka. Owszem, jest wiele osób, które obecnie lansują w internecie swoje wizje „nowej” szkoły. Niektóre bardzo atrakcyjne, za to niemal wszystkie – nie sprawdzone w praktyce. Tymczasem my będziemy działać na żywym organizmie, więc musimy mieć z tyłu głowy medyczną zasadę „Po pierwsze nie szkodzić!”.

Nasze pole operacyjne nie prezentuje się dobrze i to jeszcze od czasów sprzed pandemii. W społeczeństwie brakuje autorytetów, a zarazem, paradoksalnie, jest ich zbyt wiele. Oznacza to, że każdy może sobie wybrać autorytet z szerokiej gamy dostępnej w internecie, a opinia nauczyciela, dyrektora szkoły, nawet psychologa często jest szanowana tylko wtedy, gdy zgadza się z oczekiwaniami. Z tym idzie w parze polaryzacja poglądów na wszystkie możliwe tematy. Cokolwiek by się nie działo w szkole, znajdą się tego zwolennicy i przeciwnicy; a obecnie każdy pogląd jest ważny, każdy trzeba szanować, każdy brać pod uwagę. Takie jest oczekiwanie.

Żyjemy w czasach potężnego wzmożenia moralnego. Pracowicie poszukujemy sprawiedliwości i dobra w najrozmaitszych dziedzinach, a przy okazji zrywamy tradycyjne kotwice życia społecznego. Dotyczy to kwestii polityki, religii, relacji międzyludzkich i wielu innych. Godne to i sprawiedliwe, ale zarazem bardzo niszczące dla społecznego zaufania, którego mamy coraz mniej. Dzięki internetowi jak nigdy w historii dyskutujemy, manifestujemy poglądy, ale debata w cyberprzestrzeni często podgrzewa emocje, rzadko zaś prowadzi do konstruktywnych wniosków.

Na takim podglebiu dopadła nas pandemia. Stworzyła problem edukacyjny – w zdalnym nauczaniu „realizacja” podstawy programowej, już wcześniej wątpliwa, stała się niemożliwością. Ponieważ jednak władze oświatowe ani o milimetr nie cofnęły się z pozycji głębokiej afirmacji tego dokumentu, wielu nauczycieli żyją w stanie permanentnego kaca moralnego. Stworzyła też problem w relacjach międzyludzkich, bo jednak elektroniczne narzędzia komunikowania się nie potrafią zastąpić większości uczniów i nauczycieli kontaktów osobistych. Wreszcie pokazała coś, co wcześniej zauważali tylko niektórzy, że tak naprawdę tyle jest różnych potrzeb, problemów, nad którymi trzeba się pochylić, ilu uczniów. W zdalnym nauczaniu klasa jako całość obsługiwana przez nauczyciela, straciła swoje znaczenie. Stała się zbiorem jednostek, z których każdej należy poświęcić uwagę. Co oczywiście jest trudne, a często bywa niemożliwe.

Nie ma w systemie oświaty przywództwa. Decyzje na najwyższych szczeblach zapadają autorytarnie, nie ma konsultacji, nie ma budzących zaufanie specjalistów, którzy tłumaczyliby różne posunięcia resortu edukacji. Nie ma, bo żaden uznany specjalista nie zechce firmować swoim nazwiskiem spóźnionych decyzji, zaniechań i działań motywowanych obsesjami trapiącymi pana ministra. Nie ma przywództwa na szczeblu kuratorium, które jest zwykłym urzędem, zarządzanym przez politycznych nominatów, dyscyplinującym nadzorowane placówki i ich pracowników, oraz transmitującym ministerialne komunikaty do mas. Do rangi symbolu można podnieść telekonferencje Mazowieckiego Kuratora Oświaty, niesłusznie zwane naradami, podczas których wyłączony jest czat – co uniemożliwia jakąkolwiek komunikację od dołu do góry

Jeździec na białym koniu nie przybędzie, więc na placu boju przywództwa pozostają tylko dyrektorzy, którzy i tak nieźle trzymają się w tej całej sytuacji, biorąc pod uwagę zakres odpowiedzialności i skalę problemów do ogarnięcia. I twierdzę, że to ich postawa i sprawność zadecyduje o tym, jak przebiegnie powrót uczniów do szkół. Zaopiekować się trzeba wszystkimi – samymi dziećmi z ich problemami, nauczycielami, też mocno poobijanymi podczas pandemii, i rodzicami.

Ja należę do szczęśliwców w tej grupie. Mam świetny, życzliwy i wspierający Zarząd Koła Społecznego Towarzystwa Oświatowego - organ prowadzący, którego wielu może mi pozazdrościć. Mam poukładane relacje z nauczycielami, rodzicami i uczniami w szkole, którą prowadzę już trzy dziesięciolecia. Mam wicedyrektorów, na których zawsze mogę liczyć. I szkołę, w której nauczanie zawsze było na drugim miejscu w stosunku do życia, budowania społeczności, kształtowania relacji. Dzięki temu będzie mi łatwiej, ale przecież i tak czuję niepokój. Tyle dobrego, że prowokuje on do myślenia. I oto kilka takich myśli na powrót do szkoły.

Nie ma jednej strategii, która jednakowo dobrze posłuży wszystkim uczniom, bo jako się rzekło, teraz jak nigdy dawniej trzeba będzie pogodzić się z tym, że każdy ma swoje indywidualne potrzeby. Dlatego należy szukać kompromisu pomiędzy powrotem do tradycyjnej nauki, na bazie przemyślanego porządku, i czasem, jaki należy spędzić na rozmowie, byciu ze sobą. Czyli normalne lekcje (ale bez żadnego nadganiania materiału!) z jednej strony i spacery, wycieczki, zabawa, a przede wszystkim rozmowa o tym, co nas przez rok spotkało – z drugiej.

Większość nauczycieli ma bardzo ograniczone kompetencje w zakresie udzielania pomocy pedagogicznej i psychologicznej, nie mówiąc już o psychoterapii, która wymaga bardzo gruntownego przygotowania. Jednocześnie będą siłą rzeczy postawieni na pierwszej linii kontaktów z problemami uczniów. Jedyną sensowną drogą jest próba wykorzystania zbiorowej mądrości, to znaczy dyskutowanie, wspieranie się w zespole, omawianie i przyjmowanie wspólnych strategii postępowania, w tym także rozmawianie o indywidualnych problemach poszczególnych uczniów. Czas na to należy znaleźć już teraz, aby omówić przygotowania do powrotu (niech sobie będą omówione w oczekiwaniu na dzień X), a także w pierwszych tygodniach pracy. Dzięki pandemii zyskaliśmy umiejętność zdalnej współpracy – jak raz do wykorzystania, by organizować spotkania, nawet krótkie, ale za to częste, tak, żeby problemy nie zdążyły narastać.

Kryzys jest dobrym momentem, by uciec do przodu, to znaczy przeprowadzić w szkole coś, co ściągnie uwagę wszystkich na przyszłość szkoły i zarazem ją trochę zmieni. W STO na Bemowie w marcu wypracowaliśmy „Strategię rozwoju” naszej placówki na następne trzy lata. Tworząc ją myśleliśmy o tym, co będzie, czego chcemy, a jeśli o tym, co nas trapi, to przez pryzmat rozwiązania problemu. Teraz pracujemy nad programem nauczania, który wdrożymy od czwartej klasy. Wierzymy, że będzie dobrze służył uczniom i nauczycielom. Samo wspólne myślenie cementuje też zespół pedagogiczny.

I jeszcze sugestia, którą w swobodnej interpretacji powtarzam po konferencji za profesorem Pyżalskim. Budowanie dobrostanu uczniów nie polega na tym, by wprowadzić lekcje bycia szczęśliwym. Człowiek daleko lepiej nabywa wiedzę, umiejętności, a nawet poczucie szczęścia przez nasiąkanie nimi w codzienności. Warto więc tak organizować pracę w szkole, by było gdzie, kiedy i czym nasiąkać!

Tylko tyle, bo niestety, więcej pomysłów musi powstać już w każdej placówce. Mogę tylko życzyć wszystkim, żebyśmy wykazali w najbliższych miesiącach, że szkoły naprawdę zasługują na autonomię.

 

Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się w blogu autora.

 

Jesteśmy na facebooku

fb
Edunews.pl oferuje cotygodniowy, bezpłatny (zawsze) serwis wiadomości ze świata edukacji. Zapisz się:
captcha 
I agree with the Regulamin

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie