W kontekście obecnej w mediach dyskusji na temat jakości polskiej edukacji warto przytoczyć niedawno przeprowadzony sondaż Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami wśród 180 menedżerów polskich firm. Wynika z niego, że polskie uczelnie wyższe nie przygotowują dobrze studentów do rynku pracy. Przepytywani menedżerowie zwracali uwagę przede wszystkim na umiejętności praktyczne i komunikacyjne, których ich zdaniem właśnie brakuje absolwentom uczelni. Najbardziej poszukiwane cechy wśród pracowników to ich zdaniem znajomość języków obcych, umiejętności efektywnego komunikowania się i pracy w zespole. Wiedza zdobyta na studiach jest dla nich mniej znacząca (4 miejsce), zaś uzyskane podczas studiów oceny praktycznie nie mają żadnego znaczenia (12 pozycja).
Problem nie leży jedynie w sposobie kształcenia na uczelniach wyższych. On moim zdaniem ma swoje źródło już w szkole podstawowej. Na wszystkich etapach kształcenia mamy do czynienia z mało praktyczną edukacją, nie pozwalającą rozwijać kreatywności i samodzielności uczniów w rozwiązywaniu problemów. Bywają oczywiście wyjątki – szkoły, gdzie zwraca się uwagę na zajęcia praktyczne przydatne uczniom w dorosłym życiu, ale to za mało. Trudno się zatem dziwić ocenie menedżerów firm – polski system edukacji nawet z podstaw przedsiębiorczości – przedmiotu, który powinien być flagowym okrętem praktycznej edukacji – uczynił nudny zbiór teoretycznych i nieprzydatnych regułek. Nic więc dziwnego, że uczniowie szkół średnich uznają podstawy przedsiębiorczości za jeden z mniej przydatnych przedmiotów dla rozwoju swojej kariery.

 

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie po raz pierwszy w swojej historii postanowiła wykorzystać telewizję do edukacji inwestorów indywidualnych. Jak zauważa jej prezes Ludwik Sobolewski, „trzeba mówić o prawach rynku giełdowego, żeby przebijać się przez czasem niedobry stereotyp czy ignorancję na temat tego, czym jest giełda.” Kampania ma uświadamiać inwestorom, że zarówno wzrosty, jak i spadki to na giełdzie normalna rzecz. Głównym hasłem – „Nie myśl o wszystkim jak o grze. Inwestuj”, GPW chce zachęcić do większej aktywności zwykłych ludzi na rynku kapitałowym. Zdaniem organizatorów kampanii „Giełda Papierów Wartościowych na stałe weszła już w krajobraz polskiej gospodarki i finansów, jednak dla wielu osób wciąż jest instytucją mało znaną i mało rozumianą. Giełda ma fundamentalne znaczenie dla gospodarki, a wraz z postępem i doskonaleniem mechanizmów giełdowych umacnia się jej otoczenie – liczba podmiotów, osób i instytucji zajmujących się jej analizą, komentowaniem sytuacji rynkowej. W grupie tej są osoby fachowo wyszkolone, ale znaczna jej część to ludzie nie do końca rozumiejący istoty rynku giełdowego jako miejsca i mechanizmu inwestowania.” Kampania potrwa do końca maja br. – składa się na nią sześć kilkunastosekundowych filmów reklamowych emitowanych w pięciu stacjach telewizyjnych oraz radiach TOK FM i PiN. Każdy ze spotów zawiera przesłanie o ważnych mechanizmach rządzących rynkiem kapitałowym, wyjaśnia odbiorcy ich działanie i skutki, jakie mogą wywołać.
Szkoda, że warszawska Giełda za taką edukację z wykorzystaniem mediów bierze się dopiero po siedemnastu latach działalności. Wprawdzie coraz więcej osób inwestuje na rynku kapitałowym, ale  na przestrzeni ostatnich lat również wiele osób zraziło się do inwestowania na tym rynku, może także dlatego, że brakowało takich działań komunikacyjnych adresowanych do zwykłego Kowalskiego. Z drugiej strony oczywiście to dobrze, że Giełda takie działania zaczęła prowadzić (w końcu lepiej późno niż wcale). Tego typu kampanie edukacyjne (eduvertisements) mogą być skutecznym sposobem docierania do konsumentów i kształtowania ich świadomości ekonomicznej (finansowej), jak pokazują polskie doświadczenia z obszaru edukacji ekonomicznej i finansowej. Kampania realizowana na przełomie 2006 i 2007 r. przez NBP w czterech kanałach telewizyjnych TVN pod hasłem „Polaków Portfel Własny” zdobyła ponad 10,5 mln widzów, a przeprowadzone badania wykazały znaczący przyrost wiedzy finansowej wśród oglądających.

Na stronie men.gov.pl można się zapoznać z propozycjami nowych podstaw programowych dla szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych. Z racji zaangażowania w edukację ekonomiczną, finansową i przedsiębiorczości, postanowiłem przyjrzeć się założeniom dla prowadzenia zajęć z podstawy przedsiębiorczości.
Co to znaczy być przedsiębiorczym? Uważam, że trzy najważniejsze wyznaczniki bycia przedsiębiorczym to: odpowiednia aktywna i twórcza postawa, umiejętność liczenia (zarządzania finansami) przejawiająca się w efektywnym oszczędzaniu i inwestowaniu oraz umiejętność planowania i realizacji projektów (nie tylko gospodarczych). Te elementy można uznać za fundamenty osoby przedsiębiorczej. Wszystkie pozostałe elementy, które wpisano do podstawy programowej - dotyczące wiedzy o rynku i gospodarki, zasad funkcjonowania przedsiębiorstwa i innych instytucji rynku pracy - to tylko dodatki, dzięki którym osoba przedsiębiorcza może lepiej wykorzystać swój potencjał i posiadane informacje. Dlatego przedmiot, który ma uczniom przekazać podstawową wiedzę na temat podstaw przedsiębiorczości, musi skupić się właśnie na tych trzech elementach.
W podstawie programowej ujęto je pobieżnie i teoretycznie. W wymaganiach szczegółowych znalazły się cechy postawy „człowieka przedsiębiorczego”, omówienie zasady pracy zespołowej, czy omówienie etapów realizacji projektu. Ale nie wystarczy mówić o tym, jakimi umiejętnościami charakteryzuje się osoba przedsiębiorcza, praca zespołowa czy projekt - powinno się przede wszystkim uczyć projektowej metody pracy, dzięki której uczniowie mogliby zastosować wiedzę teoretyczną w praktyce. Uważam, że większy pożytek przyniosłoby zapisanie szczegółowych wymagań dotyczących konieczności planowania i realizacji projektów (co najmniej kilku w ciągu roku szkolnego), tak aby uczniowie mogli rozwijać swoją postawę przedsiębiorczą w działaniu. Taka umiejętność na pewno przyda się im w życiu. Niestety nie ma też wiele o zarządzaniu finansami osobistymi. Edukacja finansowa jest blisko związana z edukacją przedsiębiorczości, bo każdy przedsiębiorczy człowiek stale liczy i analizuje, czy warto i w jaki sposób wykonać określone przedsięwzięcie, aby zyskać. W podstawie znalazła się „znajomość zasad planowania inwestycji”, ale przecież aby inwestować, trzeba najpierw mieć kapitał. A zatem znów tylko teoria...
Niestety, podejście młodzieży do tego przedmiotu szkolnego jest obecnie, mówiąc językiem uczniów, olewcze. Nie traktują oni tego przedmiotu jako czegoś wartościowego w ich edukacji, gdyż jest on przeteoretyzowany, niepraktyczny i w ocenie uczniów po prostu nieprzydatny. Nauczyciele uczący tego przedmiotu (nawet jeśli są dobrze przygotowani i chcą podnosić jego praktyczną wartość), walczą często z murem obojętności. I uczniów i kolegów po fachu. Zazwyczaj nie mają też sojusznika w dyrekcji szkoły, bo ta zwraca uwagę głównie na przedmioty maturalne. Uważam, że nadal tak niestety będzie. Nic się nie zmieni, bo nadal przedmiot podstawy przedsiębiorczości - przy tak przyjętej podstawie programowej - będzie traktowany po macoszemu. Będzie to, niestety, raczej podstawa anty-przedsiębiorczości...

Przeczytałem we wczorajszej „Gazecie Wyborczej”, że pojawił się nowy pomysł na walkę z pogłębiającą się tzw. luką cyfrową w Polsce. Rząd chce sprawić, aby również młodzież z uboższych rodzin mogła w pełni korzystać z komputerów w celach edukacyjnych i planuje w związku z tym rozdawać poprzez gminy komputery. Nie jestem pewien, czy pomysł jest trafiony i/lub dopracowany. Dlaczego? Z wielu powodów. Po pierwsze powszechne jakby nie było rozdawnictwo oznacza wysokie koszty takich działań, to znaczy ktoś za to musi zapłacić (czytaj my: podatnicy). Osobiście mógłbym takie rozwiązanie zaakceptować, gdybym okazało się ono być nie „łataniem” komputerowej dziury na mapie Polski, lecz inwestycją w jakość edukacji polegającą na: a) przekazaniu komputerów mających bezprzewodowy dostęp do Internetu i b) zapewnieniu bezpłatnego bezprzewodowego dostępu do Internetu w każdej gminie na całym terytorium Polski (np. wimax). To byłby dopiero skok jakościowy. Wydaje mi się, że poprzez powszechne rozdawnictwo jeszcze nikt chyba nie wyrównał szans w żadnym obszarze życia społecznego ani też nikogo specjalnie nie uszczęśliwił.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze trzy inne aspekty. Na świecie toczy się dyskusja o tanich laptopach za 100 USD dostępnych dla młodzieży (ostatnio zdaje się trochę „podrożały”) – jakoś nie słyszałem, aby Polska deklarowała akces do tej inicjatywy. Jeżeli myślimy o nowoczesnej edukacji wysokiej jakości – myślmy raczej o przekazywaniu laptopów, bo dzięki temu młodzież będzie bardziej mobilna, co umożliwi jej korzystanie z komputerów w każdym miejscu i czasie. Kolejna rzecz – dlaczego tylko młodzież z uboższych rodzin? Może warto w Polsce rozpocząć działania na rzecz inicjatywy 1:1 – jeden uczeń, jeden komputer (oczywiście laptop). No i ostatnia rzecz – od dziś wiadomo, że to nie od liczby komputerów zależy, czy w edukacji nastąpi jakościowy przełom. Dziś największym wyzwaniem jest zapewnienie szybkiego Internetu, bo nic tak nie wkurza młodzieży i nauczycieli, jak trwające w nieskończoność ściąganie danych z sieci. To właśnie szybki Internet jest wskazywany przez skandynawskich edukatorów jako jeden z czynników, który zadecydował o wysokich ocenach młodzieży w międzynarodowych testach.
Na marginesie rodzi się również pytanie – jakie to będą komputery? Nowe czy wycofywane z publicznej administracji? Jeśli to drugie, to moim zdaniem cały pomysł jest niepoważny…

Uważam, że pogłoski, jakoby scholaris.pl – główny portal edukacyjny MEN – był trupem, są mocno przesadzone. On jest raczej jak przedwojenna kamienica, znajdująca się w stanie ruiny. Trzeba teraz zakasać rękawy i zabrać się do jej renowacji i przebudowy. Uważam, że portal był tworzony w oparciu o błędne założenia, bliższe raczej edukacji XX wiecznej niż XXI wieku. Nowoczesna edukacja w Internecie nie może polegać na tworzeniu edukacyjnego wysypiska. Nie może polegać na naprodukowaniu bez ładu i składu kilku tysięcy materiałów, które potem zamieszcza się na stronie, będąc dumnym, że oto mamy wielkie dzieło. Mam wrażenie, że twórcom portalu od początku brakowało wizji, jak ma on wyglądać, a ciągłe zmiany polityczne w MEN nie pomagały w wyborze kierunku, w którym portal miał się rozwijać. Efekt mamy jak na dłoni. A przecież można znacznie lepiej zarządzać portalami edukacyjnymi – proszę bardzo, dla porównania niemal rówieśnik Scholarisa NBPortal.pl, czyli Portal Edukacji Ekonomicznej NBP. Koszty stworzenia były zapewne porównywalne, ale efekty są o niebo lepsze. Na koniec 2007 roku korzystało z niego już ponad 4 miliony użytkowników. NBPortal ma więcej studentów kursów e-learning niż największe i najsłynniejsze uniwersytety amerykańskie – jak porównywałem w połowie 2007 r., najlepszy wynik odnotował Uniwersytet Phoenix Arizona, który miał nieco ponad 36 tysięcy kursantów, zaś NBPortal około 70 tysięcy.
Kilka razy podejmowałem próbę znalezienia w zasobach Scholaris.pl ciekawych materiałów do wykorzystania w Edunews.pl. Za każdym razem po kilkunastu minutach opadałem z sił... Misją Scholaris.pl jest "zwiększanie efektywności edukacji poprzez zastosowanie elektronicznych zasobów edukacyjnych oraz wykorzystanie nowoczesnych technologii informacyjnych i komunikacyjnych". Spróbujmy może zatem przebudować i uporządkować ten portal, tak, aby stał się on narzędziem ważnym i przydatnym polskim edukatorom.

Zdaniem jednego z twórców globalnej sieci Internetu - Tima Bernersa-Lee, pomimo widocznego szybkiego postępu technologicznego, Internet znajduje się ciągle we wczesnej fazie rozwoju. 30 kwietnia br. z okazji 15 rocznicy udostępnienia Internetu konsumentom ciekawą rozmowę o przyszłości Internetu przeprowadziła z nim brytyjska BBC.
Internet stał się potężnym narzędziem dla wielu ludzi. Według instytutu badawczego Netcraft obecnie na świecie jest ponad 165 milionów portali internetowych, z których korzysta prawie półtora miliarda ludzi na wszystkich kontynentach. Lee uważa, że w niedalekiej przyszłości dzięki Internetowi ludzie będą mieli dostęp do wszystkich danych istniejacych i tworzonych na całym świecie. To, z czego Berners-Lee najbardziej się cieszy, to rozwijająca się współpraca ludzi w Internecie, która daje już fantastyczne rezultaty. Ta współpraca - zwłaszcza w obszarze edukacji i wymiany doświadczeń - może prowadzić do bardziej efektywnych metod rozwoju globu, w tym również zmiany sposobów sprawowania rządów w krajach.
Internet jest dopiero nastolatkiem, ale funkcjonowanie bez niego trudno sobie dziś wyobrazić. Badania potwierdzają, że większość osób poszukując wiedzy i informacji, korzysta przede wszystkim z zasobów Internetu (patrz: Internetowe wyszukiwarki znajdą rozwiązanie), a dopiero potem sięga po publikacje naukowe czy rozmawia z osobami, które mogą pomóc znaleźć odpowiedź na ich pytania. Internet ma olbrzymie znaczenie dla rozwoju edukacji przez całe życie i musi stać się podstawowym narzędziem osobistego rozwoju na wszystkich etapach kształcenia. Nie wystarczą zatem pracownie komputerowe w szkołach, nawet z najlepszym oprogramowaniem - powinniśmy inwestować przede wszystkim w rozwój umiejętności nauczycieli i uczniów - wykorzystania Internetu i innych nowych narzędzi w edukacji, aby byli oni w stanie sprawnie poruszać się po współczesnym świecie pełnym informacji. To samo zresztą dotyczy osób dorosłych (zwłaszcza tych w starszym wieku), którzy będąc, jak to określił Marc Prensky, cyfrowymi imigrantami - mają często jeszcze większe trudności w korzystaniu z nowych technologii informacyjno-komunikacyjnych (ICT) niż młodzież (bo ta przecież dorasta razem z nimi).

Moim zdaniem w Ministerstwie Edukacji Narodowej coś się ruszyło. Po kilku dobrych latach marazmu i braku jakichkolwiek pomysłów na rzeczywistą reformę sposobu nauczania, dowiadujemy się co kilkanaście dni o nowych pomysłach dotyczących polskiej edukacji. Warto docenić to, że MEN otwiera się na współpracę ze środowiskami organizacji edukacyjnych, które rzeczywiście, a nie tylko „papierowo” czy strajkowo, są zaangażowane w tworzenie nowej jakości w edukacji. Nie tak dawno pisałem o dobrym pomyśle dotyczącym obowiązkowej nauki języka angielskiego na wszystkich szczeblach kształcenia, a teraz dowiadujemy się, że wreszcie uczniowie będą mieli lżej – nie będą na siłę czytać całych lektur szkolnych, tylko ich fragmenty, które są ważne w ich edukacji.
Oczywiście od razu podniosły się głosy, że to zamach na kulturę polską i degeneracja młodzieży, która będzie się nadawała tylko na zmywak lub do kopania rowów. Wpisy na różnych forach dyskusyjnych są doprawdy zabawne. Spróbujmy wreszcie zrozumieć, że nie tkwimy wciąż w XIX wieku, gdzie z każdej strony grożą nam zaborcy chcący wynarodowić Naród Polski i zepchnąć go do roli służących Europy. Wyniki badań (na całym świecie, także w Polsce) wskazują, że młodzi ludzie od dawna mówią, że dotychczasowe, tradycyjne metody edukacji (oparte m.in. na wykładzie nauczyciela i stercie książek do wbicia do głowy) są dla nich nieprzydatne, nieatrakcyjne, nieangażujące, niepraktyczne – słowem nudne do bólu i są najzwyczajniej stratą czasu. Narzucanie obowiązku czytania kilkudziesięciu lektur szkolnych nie prowadzi wcale do lepszego przygotowania uczniów do samodzielnego życia, ani też do większego patriotyzmu. Nauczanie szkolne musi dziś nawiązywać do współczesnego trybu życia – gdy żyjemy w szybkim tempie, mamy do czynienia z zalewem informacji, przetwarzamy tylko niektóre z nich, selekcjonujemy, łączymy fakty i w ten sposób uczymy się i wyrabiamy sobie pogląd na różne sprawy. Wolałbym, żeby młodzi ludzie z własnej, nieprzymuszonej woli czytali dzieła literatury narodowej, niż udawali, że je czytają, bo tak się im każe w programie nauczania. Skończmy z tą fikcją. Dajmy swobodę nauczycielom decydowania o czym i w jaki sposób poprowadzić lekcję dotyczącą ważnych pozycji literatury narodowej. A moim zdaniem popularność serwisu Wolne lektury świadczy o tym, że również młodzi ludzie chcą je czytać, ale niekoniecznie w sposób narzucany przez szkołę.

Więcej artykułów…

Edunews.pl oferuje cotygodniowy, bezpłatny (zawsze) serwis wiadomości ze świata edukacji. Zapisz się:
captcha 
I agree with the Regulamin

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie